czwartek, 24 lipca 2014

Za duży biust?


Cześć wszystkim! Trochę mnie tu nie było i ogólnie od paru miesięcy wpisy pojawiają się dość sporadycznie, a wszystko to dlatego, że staram się czerpać ile się da z wakacji. Mimo wahającej się pogody szukam sobie różnych zajęć.

Pamiętam oczywiście, by napisać kontynuację o podrywie z samochodu, ale póki co jeszcze chwilę ten temat musi poczekać. Dzisiaj napiszę o czymś według mnie ważniejszym.

Odkąd pamiętam, narzekałam na rozmiar swoich piersi. Wiele kobiet raczej chciałaby mieć większe, podczas gdy ja jestem w tej drugiej grupie. Zostałam hojnie obdarzona przez naturę i jednak nie miałabym nic przeciwko, gdybym ten biust miała mniejszy.

Nieczęsto poruszam ten temat, ale ilekroć decyduję się powiedzieć o tym komuś, widzę zdziwienie – jak ja mogę narzekać, podczas gdy osoba, która to słyszy jest „płaska jak deska” i z chęcią by się ze mną zamieniła. To działa na podobnej zasadzie, jak z grubymi i chudymi. Kiedy powiesz chudej osobie, że jest gruba, albo że ma małe cycki – jest to zawsze uznawane za obrazę, ale jeśli powiesz kobiecie, że jest chuda jak szkielet to przecież komplement tak samo jak wtedy, kiedy mówisz takiej z biustem większym niż przeciętnie, że ma duże cycki.

Każda posiadaczka większej miseczki wie, że wcale nie jest tak kolorowo, jakby się innym mogło wydawać.

Na dzień dzisiejszy jednym z największych minusów posiadania dużych piersi jest dla mnie… eksponowanie dekoltu. To trochę tak, że jeśli kobieta o małym biuście włoży bluzkę z dużym dekoltem, nie robi to takiej sensacji jak ubranie tej samej bluzki przez kobietę biuściastą. Ta pierwsza wygląda ok, a czasem nieraz zjawiskowo, podczas gdy ta druga wyzywająco i często niesłusznie jest uznawana za wulgarną.
Druga rzecz, to brak możliwości ubrania niektórych fasonów. Dotychczas nie mogłam sobie pozwolić na sukienki i bluzki bez pleców, chociaż szalenie mi się takowe podobają – dlatego, że nie mogę nie nosić stanika.
Owszem, są specjalne staniki z obniżonym zapięciem, ale są cholernie trudno dostępne, nie mówiąc już o tym, że niewiele jest sklepów zaopatrzonych w niestandardowe rozmiary i taka bielizna zazwyczaj jest droga.

Biust duży to biust ciężki, a więc jeśli puszczać go luzem, to tylko sporadycznie. Z czasem będzie on coraz niżej i jedyne, co można zrobić, to ujędrnić go różnymi ćwiczeniami i kremami (a właśnie, poleci ktoś jakiś dobry krem?).

Syndrom niesfornych cycków, problemy ze stanikiem, problemy z ubraniami, większe ryzyko choroby… Jeśli ktoś jeszcze nie dowierza, że posiadanie większych piersi może być problematyczne, polecam obejrzeć komiksy z motywem przewodnim „Busty Girl Problems”

Jednak znalazłam sposób dla tych z was, które niejednokrotnie zrezygnowały z zakupu prześlicznej sukienki, albo niemniej ładnej bluzki tylko dlatego, że pasuje je nosić bez biustonosza.

Pierwszym dość oczywistym sposobem jest bardotka z silikonowym zapięciem, dzięki której można sobie pozwolić na noszenie letnich bluzek z cienkimi ramiączkami.

Czasem jednak ten fason stanika kompletnie rujnuje wygląd kreacji, bo tu odstaje, tu znowu się nie mieści i robi wrażenie, jakby się miało napompowany biust (mowa o bluzkach obcisłych z mało elastycznego materiału). Ostatnio podczas wizyty w lumpeksie trafiłam na cudowną sukienkę w kolorze lawendy. Urzekł mnie jej niespotykany kolor, a także fason. Zmierzyłam ją i było tak, jak się spodziewałam – wszędzie leżała bardzo dobrze, jednak nie na biuście, bo nie było szans, bym nosiła ją bez biustonosza, a bardotka niestety wystawała w kilku miejscach.

Nie mogłam się powstrzymać – kupiłam ją.
Na początku miałam zamiar dobrać do niej jakiś biustonosz, jednak z każdym, który mierzyłam był ten sam kłopot. W końcu zawzięłam się, zakasałam kiecę i poleciałam do krawcowej. Miałam już wizję.

Jako że mam jedną bluzkę z doszytym od wewnątrz stanikiem na gumkę, postanowiłam wykorzystać ten wynalazek w swojej nowej sukience. Poprosiłam krawcową i ta podjęła się tego zadania, a ja zaryzykowałam oddając w jej ręce swój cenny łup.


Kilka dni później odebrałam go i... byłam zachwycona! Efekt był taki, o jaki mi chodziło. Pomysł na doszycie biustonosza okazał się być genialny i dlatego postanowiłam tutaj o tym napisać. Zapewne nie jest to super odkrywcze, jednak mogłabym się założyć, że jeśli to czytasz i tak samo jak ja, masz czym oddychać, to dobrze znasz to uczucie, kiedy idziesz na zakupy poprawić sobie nastrój, a wracasz z galerii handlowej z jeszcze gorszym humorem tylko dlatego, że musiałaś odłożyć na miejsce parę niedrogich bluzek, które tak bardzo ci się podobały.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdego stać, by przerabiać w ten sposób każdy zakupiony ciuch u krawcowej – wszak może się okazać, że cena bluzki wzrasta wtedy dwukrotnie – ale jest to sposób idealny raz na jakiś czas, kiedy np. wybierasz się na wesele, albo tak jak ja – jesteś zdesperowana, by móc nosić tę konkretną kieckę.
Zawsze można zainwestować w maszynę do szycia, nauczyć się na niej szyć i przerabiać swoje ubrania samodzielnie ;-).


Ta notka powstała w dużej mierze dlatego, że jestem podekscytowana historią tej sukienki i chciałam się zwyczajnie pochwalić, a przy okazji pokazać, że to, że w sklepach nie da się kupić tego typu ciuchów pasujących na większe piersi nie oznacza jeszcze, że jesteśmy skazane na chodzenie w workach na ziemniaki i zakrywania tego, co przecież powinno być naszym atutem. Nie dajmy się, wszystkie bez względu na rozmiar biustu mamy prawo nosić to, co nam się podoba. Nie pozwólmy sobie wmówić, że jest coś takiego jak „za duży biust do tej sukienki”.

Może wcześniej myślałaś o przerobieniu w ten sposób swojego ciucha, ale nie byłaś pewna, czy ktokolwiek jest w stanie podołać temu wyzwaniu? Teraz masz potwierdzenie, że się da.
Gdyby ktoś z Krakowa chciał namiary na krawcową, która poprawiała moją sukienkę, chętnie podam.

Daj znać co sądzisz. Może masz podobne problemy jak ja i jakieś inne rozwiązania? Kremy, ćwiczenia na jędrne piersi, patenty z ubraniami?
A może jesteś w tej drugiej grupie dziewczyn – o małych piersiach i właśnie zdałaś sobie sprawę, że to wcale nie takie złe jak myślałaś?

czwartek, 17 lipca 2014

Jak śmiesz oskarżać swoich rodziców!


Czyli o tym, jak nasze społeczeństwo kuleje i jak długo jeszcze to potrwa...

Słyszeliście o Adamie? Nie chcę tutaj streszczać jego przypadku, bo każdy odbierze tę historię inaczej. Głównie dlatego, że facet ewidentnie nie urodził się z talentem do wzbudzania współczucia. Przeciętny odbiorca nie widzi tu żadnego dramatu, bo musiałby się odrobinę wysilić i aż dziw, że telewizja zdecydowała się nagłośnić tę sprawę.

Według wielu ludzi ten człowiek to niewdzięcznik, darmozjad, leń, w dodatku rozpieszczony. Według mnie jest to pokrzywdzony gość, który po prostu nie potrafi sprzedać swojej historii. Ja odebrałam to tak: dorastał w domu wychowywany przez totalnie nieczułych rodziców, którzy takie rzeczy jak dobry samochód, telewizory i inne pierdoły przedkładali nad zdrowie swoje i własnych dzieci. Gdyby tego było mało, nie dostał od nich ciepła i miłości, które powinno dostawać każde dziecko. Wielce prawdopodobne, że rodzice znęcali się nad nim nie tylko psychicznie, ale także fizycznie, ale kto by tam zwracał uwagę na takie nieistotne szczegóły, skoro w jego wypowiedziach przeważają wzmianki dotyczące kwestii finansowych. Dziś jest schorowanym 30-latkiem, który włożył wszelki wysiłek we własne wykształcenie, ale żywi do rodziców urazę za to, że odebrali mu dzieciństwo. Jedyne, co może im zawdzięczać to, że pomagali mu podczas studiów. Jeśli chodzi o resztę – według mnie rodzice zawiedli na całej linii.

Dzisiaj ich syn ośmielił się wytoczyć im sprawę w sądzie i żądać odszkodowania w wysokości 200 tys. zł. Jeśli interesują was szczegóły, przeczytajcie.

Niestety nie każdy postrzega ten przypadek tak jak go widzę ja. Ludzie mają teraz ciekawe zajęcie – obrzucają go obelgami.

W Polsce jest to pierwszy taki przypadek, kiedy dziecko decyduje się dochodzić odszkodowania od rodziców za zniszczenie mu życia. Nareszcie.

Bo zarówno w Polsce, jak i na całym świecie są dużo bardziej pokrzywdzeni przez rodziców ludzie i oni nigdy nigdzie tego nie zgłoszą – przecież to niemoralne oskarżać publicznie własnych rodziców, nie mówiąc już o tym, że to bardzo wstydliwy temat. Ludzie ci mogliby urządzić swoim starym piekło, ale zazwyczaj nie potrafią wyjść z roli ofiary. Niestety, ciemnej masie nie mieści się w głowie, jak można pozwać własnych rodziców do sądu, ale nikt nie zada sobie pytania – jak można znęcać się fizycznie, czy psychicznie na własnym dziecku? Na DZIECKU – które przecież jest bezbronne i chłonie wszystko, co mówią i robią dorośli.

Czytając moje słowa można odnieść wrażenie, jakbym sama sobie przeczyła, bo przecież kiedyś już wam ogłosiłam, że dzieci nie lubię, drażnią mnie one i czasem sama mam ochotę podłożyć im nogę. Jednak wobec tego faktu nie zamierzam dzieci mieć. Oddzielam te dwie sprawy. Osobiście mogę sobie nie lubić kogo chcę, ale nigdy nie będę przyklaskiwać komuś, kto wyrządza krzywdę drugiej osobie.

Martwi mnie, że tak wielu ludzi nie kryje się z poglądem, że „Adam powinien zjeść snickersa”. Niepokoi mnie, że według niektórych facet powinien siedzieć cicho, bo przecież inni mają gorzej. Ludzie nie wstydzą się na forum publicznym przyznać do tego, że nie robi na nich wrażenia, że matka lała po twarzy swoje własne dziecko szmatą do podłogi. A że się nie wstydzą, to ja nie zasłaniam ich nazwisk powyżej. Żałuję, że nikt na szerszą skalę nie przeprowadza ewidencji idiotów. Żyłoby mi się łatwiej, gdybym mogła ich unikać. 
Jestem oburzona faktem, że panuje społeczne przyzwolenie na przemoc wobec dziecka. I nie mówię tutaj o „klapsie na opamiętanie”, ale o biciu z prawdziwego zdarzenia.

Nie mnie osądzać, czy Adam powinien iść z tym do sądu, czy nie. Nikt nie wie, jak było naprawdę, jednak nie wydaje mi się, by ktokolwiek zdrowy zmyślał takie rzeczy, jakie zostały opisane w artykule. A jeśli człowiek ten nie jest zdrowy psychicznie, to powstaje pytanie – dlaczego? To chyba oczywiste, że z dobrych domów raczej nie wychodzą osoby chore umysłowo.

Mam nadzieję, że w przyszłości coraz częściej ludzie z patologicznych rodzin będą zgłaszać takie sprawy i żądać zadośćuczynienia. Krew mnie zalewa, jak widzę, że stare pryki, których dzieci już prawdopodobnie dostały od nich wzorowe wychowanie, teraz szerzą tak skrajne poglądy wobec tego, który odważył się coś z tym fantem zrobić. Chciałabym, by moje pokolenie było tym, które nie będzie stosowało ich świetnych metod wychowawczych. Chciałabym, by ci, którzy się do tego posunęli, pożałowali swoich czynów. Żeby rodzice zdawali sobie sprawę, że bijąc, plując, poniżając mogą wychować potwora, który prędzej czy później może postanowić zemścić się na nich. Niech cała Polska będzie świadkiem, jak tatuś molestujący córkę, albo mamusia, która biła swojego syna „na kwaśne jabłko” idzie do więzienia albo sprzedaje drugi dom, żeby móc to swojemu dziecku w jakikolwiek sposób zrekompensować. Może wtedy zobaczymy czarno na białym, kto tu jest przestępcą, a kto ofiarą.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Moja nożycoręka, czyli Zelmer 496.1

Poniższy tekst nie jest sponsorowany.

Jest lato i wszyscy mamy nadzieję, że wreszcie przestanie być to lato tylko na kalendarzu. Ale póki pogoda nie może się zdecydować czy chce nas rozpalać czy nie, trzeba sobie dogadzać na wszelkie możliwe sposoby. Jak wiadomo jedną z największych przyjemności jest jedzenie. O tej porze roku najlepsze są koktajle, lekkie zupy, warzywne sosy i lody. I dlatego postanowiłam w końcu napisać o moim kulinarnym wibratorze. Blender Zelmer 491.6 towarzyszy mi od września zeszłego roku.

Na początku potrzebowałam po prostu blendera. Urządzenia, które będzie miksować warzywa, bo bardzo lubię wszelkie sosy i zupy krem. Kupiłam sobie blender za 25zł w Auchan. Biały, niestety nie pamiętam z jakiej firmy, bo gdybym pamiętała, to bym was ostrzegła. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że plastikowa końcówka to w przypadku blendera nienajlepszy pomysł. Użyłam go raptem dwa razy, a za drugim razem zaczął topić mi się w dłoni. To był ten moment, w którym – nie pierwszy raz zresztą – dotarło do mnie, że co tanie, to drogie.

Niedługo potem miałam już nowy.


ZELMER 491.6 W AKCJI
Ma 15 prędkości, zazwyczaj radzi sobie już na 7. Bardzo dobrze rozdrabnia orzechy i przypuszczam, że na turbo prędkości (którą także posiada) można byłoby nim ukruszyć lód. Moc 700W. Blendery mają to do siebie, że nie powinno się ich przemęczać, czasem trzeba dać im odetchnąć, żeby się nie przegrzały. Ja swojego nigdy nie oszczędzam (najpierw pieszczę go prądem, a potem torturuję z uśmiechem psychopatki) i dotąd nigdy mnie nie zawiódł. Znosi wszystko ze stoickim spokojem (czyt. nie hałasuje), a szkoda, bo w sumie fajnie byłoby się zemścić na nieustannie wiercących w ścianie sąsiadach.

Niebawem dorzucę tu parę naszych wspólnych zdjęć w akcji :). Do niedawna miałam nawet filmik, ale z powodu kupna nowego laptopa przepadł :(.

DESIGN
Gdy za pierwszym razem na niego spojrzałam czułam, że między nami zaiskrzy. Plastikowa rączka bardzo dobrze leży w dłoni, a metalowa końcówka miksująca to mistrzostwo. Blender jest w kolorze czarno-srebrnym, czyli klasycznie i bez udziwnień, ale nie wygląda jak szajs, który bez wątpienia można znaleźć na tej samej półce cenowej. Wręcz przeciwnie – prezentuje się bardzo elegancko. Ze względu na jego proste kształty łatwo się go myje i zajmuje to dosłownie kilka sekund.

CENA
Kupiłam go w sklepie internetowym za niecałe 100zł. To chyba główny powód, dla którego postanowiłam zareklamować tutaj to cacko. Według mnie jest to przyrząd, który powinien mieć w kuchni każdy, kto lubi w niej urzędować i wiem po sobie, jak łatwo nadziać się na badziewne blendery w niskiej cenie. W przypadku Zelmera 491.6 jest bardzo rozsądna, stwierdziłam więc, że chamsko byłoby go nie polecić. Podobnych mu pod względem funkcjonalności jest zapewne bez liku, ale cenowo jest on po prostu bezkonkurencyjny.


Blender występuje w zestawie z plastikowym kubkiem-miarką o pojemności 1,2l z pokrywką. Zdaje się, że w podobnej cenie można kupić biały. Gdybym niecały rok temu miała taką zajawkę na sprzęt w białym kolorze, dziś zapewne wybrałabym biały blender. Chociaż właściwie czarny pasuje mi nie dość, że do lodówki, to jeszcze do charakteru.

sobota, 28 czerwca 2014

Mity na temat studiów

 

Wiodącym tematem ostatnich paru dni jest wybór studiów. Wpis u Jana (StayFly), który rzekomo ma przyszłych studentów uświadomić, by nie zaczynali na ślepo studiów tam, gdzie ich znajomi, w dodatku na najbardziej przyszłościowych kierunkach na uczelniach, które narzucają im ich rodzice – natchnął mnie do napisania, jak ja to widzę.

Wszyscy wkoło twierdzą, że nie powinieneś sugerować się tym, co podpowiadają rankingi, tylko iść za głosem serca, by później móc zarabiać na robieniu tego, co kochasz. Zastanawiam się, gdzie się podziali ci wszyscy ludzie, którzy z roku na rok coraz bardziej narzekają na swoją specjalność, kierunek, uczelnię, aż w końcu na cały system edukacji. Gdzie jesteście, moi znajomi z uczelni, którzy wiecznie nie macie zapału do nauki, podczas sesji macie ochotę szarpnąć się na własne życie i nie robicie tego często tylko dlatego, że znajdujecie wsparcie wśród sobie podobnych, którym te uczucia też nie są obce i, którzy tak samo lubią chlać wódkę? Przecież to oni stanowią większość – tę, która dokonała złego wyboru i zwyczajnie nie ma motywacji. Kim są więc ludzie, którzy jak mantrę powtarzają „rób w życiu to, co kochasz bo wówczas nigdy nie będziesz pracować”.

(A skoro o braku motywacji mowa, to wszystkim, którzy są zagubieni albo chwilowo zbyt rozkojarzeni polecam ten filmik: klik!. Gość zawstydza i na mnie to działa!)

Uważam, że najlepszy sposób, by spartolić sobie życie, to sugerować się radami innych ludzi – niezależnie od tego, czy jest to koleżanka z liceum, nieomylni nauczyciele, mądry tatuś, doświadczeni przez życie babcia i dziadek, czy super spełnieni blogerzy. Która z tych osób równie chętnie zaręczy, że na wszelki wypadek przeżyje twoje tragiczne życie za ciebie? Jest tyle zmarnowanych szans, ile ludzi, którzy podążają za tymi radami.

Ile to razy okazuje się, że wybierając się na kierunek, który wybrałeś tylko ze względu na perspektywy zrobiłeś najlepiej jak mogłeś? Bo w trakcie zaczęły ciekawić cię przedmioty, odkryłeś w sobie chęć zgłębiania tej dziedziny i przy okazji stwierdziłeś, że to wszystko przełoży się na zarobki?

Ile to razy okazuje się, że kierunek studiów, który był zgodny z twoimi zainteresowaniami okazał się kompletną klapą, bo słabi wykładowcy, marna uczelnia? Ile razy dzieje się tak, że lubimy coś robić, dopóki nie staje się to naszym obowiązkiem? I czytanie książek na polonistyce niepostrzeżenie zaczyna przyprawiać cię o coraz większe mdłości, zaczynasz odkrywać że tak naprawdę to, że nie jesteś umysłem ścisłym jeszcze nie oznacza, że jesteś humanistą?

Nie ma reguły. Nie ma jednej drogi. Wydawałoby się, że najlepszym wyborem są studia, na których będziesz w stanie podołać i przy okazji nie zanudzisz się na śmierć, ale tak naprawdę to kolejna tzw. „dobra rada”. Idź tam, gdzie czujesz, że powinieneś (z sobie tylko znanych pobudek), a jeśli w praniu okaże się, że to jednak nie to – szukaj dalej. Jeśli jednak z jakichś powodów nie możesz zostać wiecznym studentem-poszukiwaczem swojego powołania, to może powinieneś dokończyć to, co zacząłeś. Możliwe nawet, że studia wcale nie są ci potrzebne, bo wystarczy po prostu wziąć się do roboty. Rób swoje, działaj, a może w przyszłości ci się to zwróci.

Swoją drogą, jakoś ciężko mi sobie wyobrazić informatyka zarabiającego kokosy i jednocześnie lamentującego, jakie jego życie jest ciężkie. A gdy w międzyczasie, po latach nagle dotrze do ciebie, co naprawdę chcesz robić w życiu, to mając kokosy przynajmniej będziesz mógł sobie pozwolić na krok w tył i na zmianę branży.

środa, 25 czerwca 2014

Krótki test: czy jesteś materialistką?


Mój wpis o materialistkach nie ma tu nic do rzeczy tak samo, jak Lamborghini do tego, że te dziewczyny wsiadły do samochodu z gościem, który nawet nie ma dobrej gadki.

Zdaję sobie sprawę, że autorzy pomysłu musieli poświęcić prawdopodobnie trzy dni, żeby znaleźć kilka podnieconych fanek i nakręcić ten filmik. Pragnę wierzyć, że tobie nie ugięłyby się kolana nad jego tapicerką. Niemniej jednak, jesteś pewna, że nie podeszłabyś i nie zaczęła dopytywać, o co chodzi? I jeśli nie jesteś pewna, to ile razy wykazałaś takie zainteresowanie, gdy trąbili na ciebie lanserzy siedzący w pordzewiałym Cinquecento?


Pytanie brzmi:

survey software


Moja odpowiedź pojawi się niebawem.

wtorek, 24 czerwca 2014

Operacje plastyczne – jesteś za czy przeciw?

Dlaczego wciąż jesteś przeciwko?

1. Chodzące powody, dla których uważasz, że operacje plastyczne to zło:


Idealna, wymuskana antyreklama. Prawda jest jednak taka, że to nie kwestia samej operacji plastycznej, a „kanonów piękna”, jakie obowiązują w pewnych kręgach. Niektórzy lubią taki typ urody, ale niestety dla większości ma to niewiele wspólnego z estetyką, żeby nie powiedzieć, że jest to szpetne.
Jednak każdy ma prawo wyglądać tak, jak chce.

Dla przykładu wrzucę tutaj kilka zdjęć osób, które także przeszły operację plastyczną albo zabieg estetyczny w wyglądają po prostu dobrze. 



One niestety nie mogą posłużyć za reklamę operacji plastycznych z prostego powodu – efekty ich zabiegów są ledwo widoczne. Służą poprawieniu danej części ciała, a nie jej „zrobieniu”, a nawet jeśli służą zrobieniu, to efekt końcowy nie kole w oczy.

2. Bo to pójście na łatwiznę – do wszystkich, którzy podają to jako argument przeciw mam krótkie zadanie: wyobraź sobie, że jesteś gruba. Nie widać ci łokci, wstydzisz się swojego ciała, a spojrzenie w lustro może zepsuć ci nawet najlepszy humor. Próbowałaś już miliona diet, do ćwiczeń nie możesz się zmobilizować. I nagle z odsieczą przychodzi do ciebie dobra wróżka, która obiecuje, że za dotknięciem różdżki odejmie ci kilogramów, sprawi, że będziesz się sobie podobać i przy okazji zapewni cię, że inni zapomną o twojej otyłości tak, byś następnego dnia nie wyszła na idiotkę tłumacząc znajomym, że to dzięki magii udało ci się schudnąć. Czy byłabyś na tyle honorowa, by powiedzieć jej „przestań mnie szykanować stara wariatko, poradzę sobie sama”?

Ja bym skorzystała. I tak właśnie jest w przypadku zabiegów plastycznych. To szansa dla wszystkich zakompleksionych kobiet. Oczywiście, że część rzeczy można po prostu postarać się w sobie polubić, ale są też takie, z którymi zawsze będziemy miały problem. Poza tym nie każdy jest na tyle silny psychicznie, by spojrzeć na siebie bardziej przychylnym okiem. To właśnie dla takich osób są operacje. Dla każdej z nas.
Nie uważam, że do wszystkiego trzeba dochodzić ciężką pracą. Jeśli jest możliwość iść na skróty i uzyskać ten sam efekt – chrzanić satysfakcję. Jest wiele innych dziedzin, w których musimy nad sobą pracować, a wygląd to coś zbyt powierzchownego i przemijającego, by na przekór wszystkiemu wkładać weń wysiłek.

3. Bo „ja bym nigdy nie dał się pokroić”. Dla niektórych świat kończy się dokładnie tam, gdzie ich czubek nosa. Co z tego, że przypomina kartofel? Będą z tym żyć tylko dlatego, że boją się pójść pod nóż. I dobrze. W tym jeszcze nie ma nic złego. Gorzej, że powody, dla których oni by się na taki zabieg nie zdecydowali mają być tymi samymi, dla których inni też nie powinni. I każdy, kto zaryzykował stratę nosa zasługuje na wytykanie palcami.

4. Bo sztuczne cycki są sztuczne. Sztuczne usta też są sztuczne. To promowanie wulgarnego wyglądu, nagości, wzbudzanie kompleksów, zamiast pokazywania, że można sobie z nimi radzić bez udziału skalpela. To prawda, ale niestety żyjemy w świecie, gdzie nikt nie ma obowiązku dbać o twoje dobre samopoczucie i wysoką samoocenę. To ty sam musisz się o to postarać. I to tylko twoja sprawa, w jaki sposób to osiągniesz – możesz wytykać palcami osoby z pełnymi ustami, każdej z nich zarzucając, że są zrobione, możesz też filtrować zdjęcia w internecie tak, by widzieć tylko osoby z małymi ustami i piersiami, albo możesz sama kupić sobie takie, które bardziej ci się podobają.

5. Bo to się podoba tylko robotnikom i młodym onanistom – tego argumentu nie rozumiem. Nie mogę tego skomentować inaczej, niż: a małe piersi podobają się wielbicielom chłopięcej urody, ewentualnie facetom o gejowskich zapędach. 
Wszystko komuś się podoba. I co w związku z tym?

6 Bo to ingerencja w naturę – no proszę! Gdyby człowiek nie dążył do ulepszania natury, do dziś żylibyśmy w jaskiniach i polowali na mamuty. Ba, nie mogłabyś codziennie wklepywać w policzki tego ochronnego kremu, ani farbować włosów co dwa miesiące. Oczywiście, że naturalny wygląd zawsze spoko, pod warunkiem oczywiście że jesteś atrakcyjny, bo jeśli nie, to... martw się. I odstaw te eyelinery, bo to przecież ingerencja w naturę.

7. Bo tak – no właśnie. Nie pomyślałeś przypadkiem, że może tak właśnie brzmi twój koronny argument? Tak naprawdę nie masz zbyt dobrych powodów, by być przeciwko operacjom plastycznym. Opowiadając się „za” nie deklarujesz, że sam się takowej poddasz. Jednak nigdy nie mów nigdy. Może się zdarzyć, że ktoś obleje cię kwasem siarkowym, albo podpali ci chatę i poparzenia pokryją większość twojego ciała. Nie, nie grożę ci. Nie, nie życzę ci tego.

Sama prawdopodobnie kiedyś także skorzystam z postępów medycyny estetycznej. Póki co nie widzę potrzeby, ale to kwestia czasu. Według mnie zestarzenie się z klasą oznacza raczej zachowanie młodego ducha i świeżego spojrzenia na świat, a nie rozkładanie się za życia. Jestem kobietą i nic, co kobiece nie jest mi obce.

środa, 18 czerwca 2014

King. Król. King Krule


Pamiętacie, jak przedstawiałam wam MØ? Swoją drogą, jeśli ją polubiliście, to już niebawem będzie okazja, by zobaczyć ją na żywo – na Openerze.

Ale ja nie o tym. Biedna MØ, bez skrupułów określiłam ją przymiotnikiem „brzydka”. I, żeby nie było – doskonale wiem, że każdy jest na swój sposób piękny, co nie zmienia faktu, że sposób, w jaki ona wygląda do mnie osobiście nie przemawia. Czemu znów wałkuję ten temat?

Znowu jestem w rozsypce, bo okazuje się, że bycie brzydkim jednak nie może całkiem przekreślić w moich oczach człowieka. A o ile świat byłby wtedy prostszy? Kolejny raz nie mogę odmówić talentu i uroku pewnemu osobnikowi, który…


…wygląda jak kiblujący gimnazjalista, nerd, swag, bezdomny, chucherko w jednym i w dodatku jest… rudy. A na domiar złego, to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy zacznie pisać teksty, śpiewać i grać.

Stwierdziłam, że muszę się nim z wami podzielić. Melancholijne dźwięki, eksperymenty instrumentalne, nieokiełznany szczeniacki wokal, który sprawia wrażenie, jakby Archy wciąż jeszcze walczył z mutacją. To wszystko tworzy całokształt, który jest zjawiskiem. A skoro mamy do czynienia ze zjawiskiem, to jak mogłabym zachować je dla siebie?

King Krule, dawniej Zoo Kid. Nieoswojony rudy zwierz, który serwuje emocje. Jego śpiew rozrywa serce.

czwartek, 12 czerwca 2014

Niezrozumiała moda na ciuchy oversize


Kiedy kobieta zakłada ciuchy oversize?

a) Jest bardzo chuda i niektóre za duże ciuchy całkiem fajnie na niej wyglądają. Czasem jednak zdarza się, że wiszą na niej jak na wieszaku;

b) Kiedy ma gdzieniegdzie trochę więcej ciałka i chciałaby je zakryć. Wówczas opcja oversize jest ok, bo nie uwydatnia tego, czego nie powinna, ale z drugiej strony także zasłania atuty, co już nie jest ok;

c) Albo, kiedy ma ładne kobiece kształty i ciuchy w rozmiarze na metce XS a w rzeczywistości L jedynie optycznie ją powiększają i zakrywają partie ciała, które powinny być wręcz eksponowane;

d) Kiedy nie ma wyboru, bo…

...projektanci wszystkich najbardziej znanych sieci odzieżowych zapomnieli już, jak wygląda kobieta i zdecydowanie łatwiej im zamiast materiałów pokupować worki w różnych rozmiarach i powycinać w nich dziury na szyję i na kończyny, niż porządnie zabrać się za uszycie czegoś, co będzie dopasowane do sylwetki w konkretnym rozmiarze.
W efekcie zamiast mówić o ubraniu, że „leży”, „nie leży”, albo „lepiej leży” dziś prędzej wypada mówić „wisi”, „bardziej wisi” i „mniej wisi”.
Przeszłam wszystkie interesujące mnie sklepy w Bonarce, w Galerii Kazimierz i w Outlet Factory, i nie znalazłam ani jednej bluzki, która byłaby dopasowana do mojej figury. Nie luźna, a opinająca mój brzuch, piersi i ramiona.

Gdzie ma się ubierać przedstawicielka płci pięknej, której znudziło się wyglądanie jak SWAG i ma ochotę podkreślić swoje kobiece walory? Jutro idę na zakupy, bo pasowałoby mi kupić sobie jakąś bluzkę, która nie wygląda, jakbym chciała ukryć ciążę. Gdzie radzicie mi się udać? Do sex-shopu czy Smyka?

wtorek, 10 czerwca 2014

Aborcja to brzydkie słowo...

...jak na określenie czynności, która przywraca dawny stan rzeczy i pozwala ci żyć tak, jak tego pragniesz.
 

Co jakiś czas w internecie toczą się dyskusje z jakby nieco większym zażarciem na temat aborcji. Zazwyczaj dlatego, że media nagłośniły jakąś aferę nagle nastaje sezon na rozważanie tego problemu. Każda z tych dyskusji prowadzi do sporów o to, od kiedy kończy się płód, a zaczyna ludzkie życie.

Tak też było tym razem pod postem u Kominka. Jest jednym z blogerów, u których czasem udzielam się w komentarzach. Chyba nigdy nie nauczę się, żeby nie podejmować tzw. walki na argumenty z obcymi ludźmi, dlatego, jakbym zupełnie zapomniała czym to grozi skomentowałam jego wpis dotyczący aborcji:


Dla mnie też bycie matką oznaczałoby tragedię życiową. I dlatego jestem za antykoncepcją, a gdyby ta nie zadziałała, to również za aborcją - choćby dlatego, że mam taki kaprys.

Bo tak uważam. Czasem jednak ponosi mnie i łamię swoją zasadę – to, że tak uważam jeszcze nie oznacza, że muszę to zdanie wygłaszać. A jednak, jak przystało na emocjonalnie podchodzącego do tego tematu człowieka, najpierw mówię, a potem myślę.

Nietrudno było przewidzieć, że mój komentarz zdobędzie zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Doszło nawet do tego, że ktoś nazwał mnie „pierwszą lepszą pi…ęknością, która wali durnoty”. Przeszło mi przez myśl, żeby rozwinąć swoją wypowiedź, ale nie zadaję się z osobami, którym z taką łatwością przychodzi obrażanie innych. Tym bardziej nie będę tego robić na cudzym gruncie, gdzie panuje zasada, że nie można obrażać blogera, natomiast co do innych komentatorów najwidoczniej nie ma takich wymogów.

A temat jest bardzo ciekawy. Więc wyprodukuję coś więcej, ale u siebie.

Nie obchodzi mnie, w którym momencie zaczyna się człowiek. Nad tym można by się rozwodzić w nieskończoność. I nawet, gdyby ktoś w końcu ustalił tę jedną rzecz, to i tak nic nie zmienia, ponieważ dla mnie osobiście moje życie jest ważniejsze od życia, które dopiero co powstało. O wiele bardziej zależy mi na moim szczęściu, niż na tym, żeby moje dziecko się urodziło.

Oczywiście jeśli mam możliwość zabezpieczenia się przed ciążą, to to robię. Nie chciałabym przecież co miesiąc zażywać tabletki „po” ani usuwać ciąży dlatego, że wpadłam. Za drogo by mnie to wyszło.

Śmieszy mnie, gdy ktoś porównuje życie nienarodzonej jeszcze istoty do życia tych, którzy chodzą po ziemi. Naprawdę nie widzicie tej subtelnej różnicy? Uważam, że o wiele większą krzywdą byłoby donoszenie ciąży, a potem oddanie dziecka w czyjeś ręce.

Dlaczego napisałam „nawet dlatego, że mam taki kaprys”? Bo równie mocno śmieszy mnie bawienie się w wyznaczanie komuś kryteriów do usunięcia ciąży. Kiedy płód jest uszkodzony to już ok, ale jeśli wykryjesz to za późno, to już nie. Gdy powstała na skutek gwałtu – ok, ale jeśli jesteś nastolatką i poszłaś do łóżka z kolegą, który w zamian obiecywał ci, że nigdy od ciebie nie odejdzie, to już nie. Nieważne, że też zostałaś wykorzystana. Najważniejsze, że masz ponosić konsekwencje swoich czynów. Jeśli byłaś gotowa, żeby współżyć, to powinnaś liczyć się z tym, że zostaniesz matką.
Dochodzi do tego, że obcy ludzie mówią ci, jak masz żyć. Oni wymierzają ci karę za to, że popełniasz błędy. To jest parodia.

Ja przed pójściem z moim partnerem do łóżka nie podpisuję cyrografu, że w razie czego doniosę. Nie lubię dzieci, nie uważam, bym była osobą na tyle odpowiedzialną, żeby je wychowywać. Możesz sobie mówić, że „każdy przyszły rodzic się tego obawia”, że tu działa instynkt i kiedy już urodzę, to matczyne odruchy przyjdą mi naturalnie. I być może właśnie tak by było, tylko jest jeden problem – nie chcę tego. Nie chcę, żeby to, jak wygląda moje życie było dziełem przypadku, a nawet jeśli ma być nieprzewidywalne, to w sferach, w których ja będę w stanie to zaakceptować. Niestety w swoich planach życiowych nie przewiduję miejsca na macierzyństwo.

Jeśli uważasz, że masz w tej kwestii jakiekolwiek decydujące zdanie, to chyba jesteś śmieszny. Co prawda, jak na razie krzyk kobiet, które chcą same dokonywać wyboru i nie łamać przy tym prawa jest takim „niemym krzykiem”. Ale prawo prawem – ono się zmienia. Moralność moralnością, ale ona też się zmienia w zależności od tego, w jak głębokiej dupie jesteś – jeśli nie chcesz dziecka „bo nie” to aborcja nie wchodzi w grę, ale jeśli zgwałci cię taksówkarz, to może zmienisz zdanie. Ty decydujesz, dlatego, że – nikt inny – tylko ty żyjesz swoim życiem. Na szczęście twoja mama była tak łaskawa.

Przy okazji zachęcam do przeczytania poprzedniego wpisu. Jest o tym, że czasem nie masz wyjścia i musisz być tylko człowiekiem.

niedziela, 8 czerwca 2014

Wcale nie o wolności, wcale nie o zdradzie


„To stan, w którym żyjesz tak, jak ci się podoba – nie krzywdząc przy tym innych”. Taka jest powszechna definicja wolności. Moja definicja brzmi dokładnie tak samo, tylko bez tej głupawej końcówki.

Wolność to brak ograniczeń. Jeśli chcesz być wolny, niejednokrotnie jesteś zmuszony do ranienia innych. Żyjąc w zgodzie ze sobą nie raz zawodzisz innych – choćby np. w sytuacji, gdy chcesz iść na archeologię, podczas gdy rodzice zawsze widzieli cię w kitlu, przy stole operacyjnym. Chcąc być wolnym człowiekiem bardzo często musisz być egoistą. Sprawiać przykrość bliskim, zostawiać ich po drodze i nie oglądać się za siebie. Wolność jest trudna.

I dlatego w związku nie ma wolności. Nie możesz być wolnym człowiekiem i jednocześnie wiedzieć, że nie możesz zrobić czegoś, co chciałbyś. Wolność w związku istnieje albo tylko na początku, albo bardzo rzadko – bo jesteś na 100% zakochany i dlatego nie masz wrażenia, że coś ciekawego właśnie cię omija. Nie odczuwasz potrzeby próbowania nowych rzeczy bez udziału twojego partnera, bo udało ci się znaleźć osobę, z którą chcesz i możesz robić wszystko.
Schody zaczynają się w momencie, kiedy w praniu okazuje się, że albo między wami coś się zmieniło, albo ty się zmieniłeś i odtąd zaczynasz patrzeć w innym kierunku niż osoba, z którą jesteś.

Prędzej czy później zaczynają się myśli o rozstaniu. Następnie, jak na złość pojawia się ktoś trzeci – osoba, o której wiesz, że nic wielkiego między wami nie będzie, ale to właśnie ona uświadamia ci jedną ważną, ale to zajebiście ważną rzecz - że to co masz niekoniecznie jest tym, czego potrzebujesz, a już na pewno rozmija się z tym, czego pragniesz.

Zaczynasz tęsknić za wolnością. Przepadłeś.

W końcu albo zdradzisz, albo odejdziesz. Dokonasz wyboru. Na nowo staniesz się wolnym człowiekiem. I bez względu na to, którą z tych dwóch opcji wybierzesz – i tak zranisz tę drugą osobę.

Dlaczego właściwie o tym piszę? I co chcę przekazać?

Wbrew pozorom nie będzie to tekst o wolności. Nie będzie też o zdradzie, ani o dokonywaniu wyborów. Ten długi wstęp napisałam dlatego, żeby wykazać, że wszystkie te rozterki odgrywają się w twojej głowie. To ty najpierw się męczysz, później głowisz się nad najlepszym rozwiązaniem, aż na końcu podejmujesz decyzję. A na domiar złego, kiedy wydawałoby się, że jest już po wszystkim – zaczynasz ponosić konsekwencje. W dodatku wymierzają je zupełnie obce osoby. One mają to do siebie, że wkraczają dopiero, gdy powoli wszystko zaczyna się układać, bo niby dlaczego miałyby sobie zaprzątać głowę tą sytuacją wtedy, kiedy była bardziej skomplikowana?

Zdrada albo rozstanie jest czymś złym – zawsze przynajmniej dla jednej ze stron. Ale pokuszę się o stwierdzenie, że często jest to zło konieczne. Nigdy nie poznasz siebie, jeśli nie zdradzisz. Nigdy nie odkryjesz tego, co cię czeka, jeśli się nie uwolnisz. Jeśli chcesz poznać smak życia, musisz czasem zrobić coś złego. Czasem też musisz zrobić coś złego, żeby powstrzymać się przed zrobieniem czegoś gorszego. Jeśli robisz coś złego, to po prostu oznacza, że masz odwagę czerpać z życia.

Jestem zdania, że najtrudniej jest być oprawcą. Łatwiej jest być ofiarą, ale najłatwiej jest być obserwatorem – zwłaszcza takim, który staje przed faktem dokonanym. Nie ma już wpływu na rozwój wydarzeń i może jedynie wyrazić dezaprobatę wobec oprawcy i wielkie współczucie dla ofiary.
Zawsze powstrzymuję się od oceniania takich przypadków. Jestem ostrożna w wydawaniu opinii na temat cudzego życia. Bez wahania robią to tylko osoby, które nic nie przeżyły i naiwnie wierzą, że świat jest czarno-biały. Jeśli kiedykolwiek zmagałeś się sam ze sobą, łatwiej ci wczuć się w rolę oprawcy i czasem nawet masz ochotę stanąć po jego stronie.

Polecam wam lekturę jednego z wpisów Kominka, którego przesłanie brzmi: „na samym końcu wydarzeń zostajesz sam”. Ja poszłabym dalej – uważam, że jesteś sam już w trakcie tych wydarzeń, a nawet jeszcze na długo przed nimi. Dlatego jako obserwator nie mam prawa oceniać twoich wyborów. Nie będę mieć cię za kogoś złego tylko dlatego, że kogoś zdradziłeś. Wina zawsze leży gdzieś po środku, a czasem wręcz po stronie osoby zdradzanej. Wszystko zależy od tego, jak na to spojrzysz.

Dlaczego zdrajcą jest Zbigniew Zamachowski, a Justyna Kowalczyk otrzymuje wsparcie od internautów? I jedno, i drugie wzięło udział w zdradzie. Przynajmniej według tabloidów. Jasne, możesz teraz stanąć w obronie Justyny i powiedzieć, że to news z dupy wyciągnięty przez redaktorów Faktu i nie ma na to żadnych dowodów. Ale to tylko potwierdzi słuszność tego, o czym tutaj piszę. Po pierwsze dlatego, że stajesz w obronie osoby, która ma po prostu lepsze PR. Po drugie dlatego, że wszystko, co wiesz na temat poprzedniego małżeństwa Zamachowskiego wiesz z tych samych źródeł, ewentualnie od jego nowej żony, która nieustannie kłapie gębą. Po trzecie dlatego, że wiesz na jego temat tyle samo, co na temat związków wśród twoich znajomych – wiesz zawsze tyle, ile ktoś chciał, żebyś wiedział. A po czwarte, dlaczego w ogóle powstają obozy zwolenników i przeciwników w odniesieniu do CUDZYCH związków? Co właściwie by się stało, gdyby domniemany romans Justyny K. z żonatym dziennikarzem okazał się prawdą? Czy to nie jest sprawa tej ścisłej trójki?

Argumentem osób, które wypowiadają się na temat afer w szołbiznesie jest fakt, że „nie każdy opowiada prasie o prywatnym życiu, więc niech ci, którzy to robią liczą się z negatywnym odbiorem”. Ale wtedy, kiedy ktoś udziela wywiadu o swojej depresji, te same osoby nie mają mu za złe, że zwierza się publicznie ze swoich problemów. Tak, czy inaczej, w dalszym ciągu nie ma odpowiedzi na pytanie, co takiego skłania ludzi do hejtu. Bo przecież można mieć swoje zdanie, ale nigdzie nie ma nakazu wyrażania go.
Czytam Pudelka i oprócz tego, że dzielę przez 100 wszystko, co jest tam publikowane – nie mam najmniejszej potrzeby naśmiewania się z Natalii Siwiec, czy z Kim Kardashian. Uważam, że za wypisywanie paskudnych komentarzy pod adresem tych osób odpowiada jakiś zupełnie inny gen niż ten, który powoduje, że wyrabiamy sobie na ich temat zdanie.

Być może Donald Tusk rzeczywiście jest zdrajcą, jak twierdzi pół narodu na czele z Marysią Sokołowską, ale nie muszę o tym trąbić na prawo i lewo zwłaszcza, że nie ma mnie przy nim w momencie, gdy podejmuje decyzje dotyczące Polski. Wojciech Jaruzelski niewątpliwie był zbrodniarzem, ale nie mam potrzeby kopać go tak, żeby przewracał się w grobie, tym bardziej, że nigdy, ale to nigdy nie chciałabym znaleźć się na jego miejscu i musieć stawać przed takimi trudnymi wyborami, jak on. Trochę łatwiej mają ludzie, którzy na skutek wyborów tych dwóch panów nie mają co do garnka włożyć, albo straciły członka rodziny – tylko „trochę łatwiej”, bo nie mają nikogo na sumieniu i w dodatku naród jednoczy się z nimi w bólu. Najłatwiej mają zaś ci, którzy ani nikogo nie stracili, ani nie żyją w skrajnym ubóstwie, natomiast mają możliwość zionąć ogniem na każdego, kto w ich opinii zrobił coś złego i bez cienia wątpliwości z niej korzystają.

Jaki z tego morał?
Jeśli jesteś oprawcą, to masz przerąbane. Nie zazdroszczę i łączę wyrazy współczucia.
Jeśli jesteś ofiarą, to masz przerąbane. Nie zazdroszczę.
Jeśli zaś jesteś tylko częścią widowni, która lubi rzucać pomidorami, to masz przerąbane. Nie zazdroszczę i łączę wyrazy współczucia, bo przed tobą dużo do nadrobienia. Weź pod rozwagę to, co napisałam i czasem po prostu bądź łaskaw nie wymierzać sprawiedliwości.

piątek, 6 czerwca 2014

Poradnik dla pieszych – jak chodzić, żeby wkurzyć rowerzystów?



1. Jakkolwiek, byle nie prosto. Zmieniaj kierunek zupełnie nieoczekiwanie, stawaj nagle z niewiadomych przyczyn albo zgub po drodze klapka (been there, seen that), przy okazji narażając się na potrącenie.

2. Kompletnie nie przejmuj się tym, że droga, po której idziesz jest przeznaczona także dla rowerzystów. Kiedy widzisz nadjeżdżający rower, najlepiej wyjdź mu naprzeciw. Utrudnij sukinsynowi jazdę, niech się orientuje. Patrz mu prosto w oczy z satysfakcją, a jeśli ktoś z twoich towarzyszy powie ci „uważaj, bo rower” odpowiedz z zadowoleniem „niech on na mnie uważa!”.

3. Wchodź sobie na ścieżkę dla rowerów, kiedy tylko masz na to ochotę. Udawaj, że nie widzisz tego wielkiego znaku na jezdni, a gdy słyszysz dzwonek ostrzegający cię przed tym, że nadjeżdża rowerzysta, kompletnie go zignoruj. Dlaczego niby ktoś ma sobie jeździć, podczas gdy ty musisz spacerować?!

4. Nie pilnuj swoich dzieci. Niech biegają ile wlezie i gdzie popadnie. Każ im zejść na pobocze tylko wtedy, kiedy zbliża się dorożka albo samochód, natomiast rowerzystom wręcz podkładaj je pod koła, żeby potem móc mieć do nich pretensje, że zmasakrowali ci dziecko. No chyba, że masz go dosyć i po prostu uznałeś, że lepiej pozbyć się go z pomocą rowerzysty, niż śliskiego kocyka. Łatwiej ci uwierzą, że to był wypadek.

5. Usuwaj się nadjeżdżającemu rowerzyście dając mu jasny sygnał, że nie musi zwalniać po to, by w ostatniej chwili wejść mu pod koła. To najlepszy sposób na wkurzenie rowerzysty. Co prawda trochę na tym tracisz, bo w najlepszym wypadku ubrudzi ci spodenki, ale czego się nie robi, żeby dokuczyć innym? Bycie mendą wymaga poświęceń...

Tak, wszystkie powyższe sposoby sprawdzono na mojej skórze. Daję wam gwarancję sukcesu. 

środa, 4 czerwca 2014

Sos na bazie czerwonego curry i mleka kokosowego


2-3 łyżek czerwonej pasty curry
1 puszka mleka kokosowego
3 cebule szalotki
½ puszki pomidorów
3 ząbki czosnku
1 łyżka soli
szczypta świeżej bazylii

Z tego powstało smakowe dzieło. Nie mogę tego znieść, że nie mogę tego jeść. Bez przerwy. Jeśli chcesz nadać swojej potrawie dalekowschodniego klimatu, to coś dla ciebie. W sieci widziałam bardzo dużo przepisów, gdzie trzeba było użyć do tego wszystkiego trawy cytrynowej, sosu sojowego, liści limonki kafir, jakichś orzechów, sosu rybnego, imbiru i innych dziwactw, tymczasem ten wspaniały smak można uzyskać ograniczając się do minimum. Oczywiście, że po użyciu wymienionych wyżej składników sos zapewne smakowałby jeszcze ciekawiej, ale jeśli nie masz dostępu do tych artykułów, to nic nie tracisz. Zapewniam, że zakochasz się w tej mieszance.


Na początek szalotka. Pokrój ją w pióra i podsmaż na niewielkiej ilości oleju (ja użyłam kokosowego – używam go do smażenia każdej potrawy). Dodaj wyciśnięty czosnek, podsmaż chwilę, po czym nałóż czerwoną pastę curry. Im więcej, tym bardziej ostry będzie sos (takie optimum to 2 łyżki, ale po dodaniu pozostałych składników i wymieszaniu ich polecam spróbować odrobiny sosu i ocenić, czy nie trzeba dodać jeszcze trochę pasty). Intensywnie mieszać, a po chwili wlać mleczko kokosowe ciągle mieszając, żeby sos nabrał jednolitej barwy. Posolić i dorzucić pomidory z puszki. Mieszać i gotować przez 15 minut. Można dosypać troszkę bazylii, ale nie jest to konieczne.

Sos idealnie nadaje się zarówno jako polewa do mięsa, ryżu jak i do puree ziemniaczanego. Jest wyśmienity w połączeniu ze wszystkim.

A może miękkie piersi z kurczaka w sezamie (takie jak na pierwszym zdjęciu)?

Do 3 kopiastych łyżeczek miodu dodaj dwie łyżeczki octu, dodaj zmiażdżony czosnek (2 duże ząbki) i wymieszaj wszystko razem. Pokrojone kawałki piersi z kurczaka zanurz w mieszance miodowej, po czym obtocz je w sezamie wysypanym na miskę. Kładź je od razu na folii aluminiowej. Wstaw do piekarnika jeszcze zanim się nagrzeje (170st.C), niech łapią temperaturę. Po ok. 15 minutach przewróć je na drugą stronę. Niech pieką się nie dłużej niż 30min. od momentu włożenia ich do piekarnika. Smacznego!

niedziela, 1 czerwca 2014

„Te puste materialistki...”

Czyli kopnij w tyłek faceta, który tak mówi.


Jesteś materialistką.

Obraża cię powyższe zdanie? Jeśli nie, to dobrze. Jeśli tak, to wiedz, że nie powinno. W byciu materialistką nie ma nic złego. Dokładnie tak samo, jak w byciu facetem, który leci na atrakcyjne kobiety.

Nie od dziś wiadomo, że poza pewnymi opcjonalnymi, zależącymi od naszych własnych preferencji cechami charakteru i wyglądu zarówno kobiety w mężczyznach jak i mężczyźni w kobietach szukają zawsze tych samych cech.
Mężczyźni lubią piękne kobiety. Zadbane, wypachnione, eleganckie. Po prostu kobiece – aczkolwiek kobieca według niektórych jest delikatna i powabna kruszyna, a inni przez kobiecość rozumieją zadziorne, wyraziste kobiety z pazurem. Jednak jest to dla mężczyzny rzecz drugorzędna. Taka, która zaczyna mieć znaczenie dopiero, gdy kobieta wpadnie mu w oko. A wpada w oko zazwyczaj dlatego, że w jego opinii jest ładna.

Kobiety paradoksalnie często wolą „ciekawie brzydkich mężczyzn” zamiast tych pięknych, wyczesanych modeli. Jasne – nikt nie lubi skrajności, ale jesteśmy zdecydowanie bardziej skłonne przymknąć oko na pewne odchyły, jeśli facet coś sobą reprezentuje. Preferujemy tych, którzy imponują nam swoją męskością, zaradnością i inteligencją. Nawet ósmy cud natury wyglądający jak Jude Law nie ma szans długo przy nas zabawić, jeśli nie jest intrygujący.
Jedną z najważniejszych rzeczy, jakiej kobiety poszukują w mężczyznach jest poczucie bezpieczeństwa. A to niewątpliwie potrafią zapewnić mężczyźni odważni i… dobrze zarabiający.

Tak samo jak dla faceta wygląd, tak dla kobiety pieniądze mogą być dużym afrodyzjakiem.

Jestem materialistką.
Nie kryję się z tym. Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, to bogato. Pieniądze mnie kręcą. Nie tylko w tym sensie, że zapewniają dobrobyt, ale także dlatego, że facet, który je posiada automatycznie nie może być życiowym nieudacznikiem. Pieniądze są synonimem przedsiębiorczości, kreatywności, inicjatywy i odwagi. Żaden słabeusz nie odważy się zaryzykować, a jak wiadomo pieniądze niejednokrotnie zarabia się poprzez podjęcie ryzyka. Żeby je podjąć, trzeba umieć wykazać inicjatywę. A przedsiębiorczość i kreatywność pomagają je zminimalizować. Jednym słowem bogaty facet = sprytny facet. Czy to nie jest seksowne?

Z miejsca skreślam biedaków, którzy słowa „materialistka” używają w sensie pejoratywnym, by wyrazić swoją dezaprobatę wobec kobiet. Facetów, którzy żałują swoim kobietom przysłowiowego kwiatka na Dzień Kobiet. Nie mają gestu, pieniędzy zazwyczaj też niewiele i jedyne co się ich trzyma, to wąż w kieszeni. Życie u boku takiego sknery grozi depresją. Żadnych wymarzonych wakacji, ba! żadnych wspólnych wyjść, a jak restauracja to co najwyżej w domu, w niedzielę, kiedy można zjeść jakieś mięso.

Kiedy kupuję sobie nową parę butów dla pozornej poprawy nastroju to nie mam ochoty wysłuchiwać, że trwonię pieniądze – bo to mi ten humor jeszcze bardziej zepsuje.

Jako kobieta natomiast dołożę wszelkich starań, by zadowolić swojego mężczyznę. Nie mam nic przeciwko, by zabrał mnie ze sobą na ważne spotkanie po to tylko, żeby się mną pochwalić, albo jako dodatek do garnituru szytego na miarę. Nie mam ambicji, by go przyćmiewać swoją inteligencją. Za to z chęcią będę się do niego uśmiechać i go wspierać. Nic nie jest tak bardzo budujące dla mężczyzny jak fakt, że jego kobieta stoi za nim murem i jest przy nim. Żadne tam pouczanie, tłumaczenie co robi źle. Mężczyźni muszą być chwaleni i podziwiani przez swoje kobiety – to ich nakręca do działania.

To działa jak samonapędzająca się machina.

Jeśli nie wiesz, o czym mówię spróbuj nakłonić swojego faceta – do czegokolwiek. Np. do tego, by kupił sobie koszulę. Są dwie drogi i tylko jedna z nich działa.

„Mógłbyś sobie w końcu kupić coś porządnego, a nie tylko przez cały czas chodzisz w tych swoich łobuzerskich t-shirtach. Popatrz na tego gościa, jak fajnie się prezentuje, a ty wiecznie jak jakiś łachmaniarz. Nigdy nie możesz ubrać czegoś, żeby mi się spodobać?!”

vs.

„Wyobrażam sobie ciebie w koszuli. Wyglądałbyś w niej tak męsko i dostojnie. Nie mówię, że masz całkiem zmienić styl, ale chciałabym raz na jakiś czas móc zobaczyć cię w takiej eleganckiej odsłonie. Fajnie by było móc ci ją rozpinać.”

Założę się, że pierwszą gadką nigdy, ale to nigdy nie przekonasz go do jakiejkolwiek pozytywnej zmiany. Druga też może nie zadziałać, ale chyba tylko w przypadku bardzo upartego gościa, któremu noszenie koszuli kojarzy się z lalusiami. Tak czy inaczej, w przypadku innych kwestii o wiele łatwiej się z nim dogadasz, jeśli będziesz go adorować, zamiast szykanować. To w połączeniu z twoim urokiem osobistym powinno zdziałać cuda. Jeśli twój mężczyzna wie, że w niego wierzysz, to go uskrzydla i siłą rzeczy dzięki temu tobie jest lepiej.

Podsumowując, jeśli uważasz, że masz coś do zaoferowania mężczyźnie, to tak samo możesz wymagać czegoś od niego. Pieniądze są symbolem męskości.

Zdarza mi się słyszeć tzw. życzliwe głosy ludzi, którzy martwią się o mój byt: „co ci z tych pieniędzy, jeśli facet nie będzie cię szanował a, kiedy twoja uroda przeminie zostawi cię dla młodszej i ładniejszej i zostaniesz na lodzie?”. Ale nie boję się tego, bo wiem, że dużo w tej kwestii zależy ode mnie. To, że nie afiszuję się ze swoją inteligencją, nie oznacza, że jej nie mam. I kiedy trzeba będzie – mogę ją ujawnić. Mogę być przebiegła i już teraz zabezpieczać się na wszelki wypadek. Albo równie dobrze to ja mogę być tą zdradliwą kreaturą. Mogę też nie wierzyć w bajki, że będziemy żyli długo i szczęśliwie; wiedzieć, że miłość nie trwa wiecznie – i zawrzeć układ ze swoim facetem. Tak naprawdę może zdarzyć się wszystko. Każdemu. Zdecydowanie częściej występującym przypadkiem są kobiety, których mężowie to nędzarze, którzy w dodatku nazywają je swoimi starymi, śliniąc się na widok nastolatek.

Wolę być niekochana i mieć pieniądze, niż być niekochana, gruba, stara i zakompleksiona, i jeszcze w dodatku nie móc kupić sobie ładnych butów na pocieszenie.

niedziela, 25 maja 2014

Edyta Górniak i jej „tani” teledysk


 Czego by nie mówić o Edycie Górniak, nie można odmówić jej niebywałego talentu.


Jakiś czas temu obejrzałam wywiad Edyty Górniak w programie 20m2 Łukasza. Wywiad ten był bardzo osobisty, intymny wręcz. Można po nim wywnioskować, że Edyta jest osobą bardzo tkliwą, rozkoszującą się w cudzym uwielbieniu dla jej osoby i trochę… niedowartościowaną. Swój brak odwagi, by wejść na szczyt tłumaczy faktem, że tego nie potrzebuje, jednak gołym okiem widać, że gdyby odniosła międzynarodowy sukces, lśniłaby jak nigdy dotąd i to jest jej przeznaczenie. A kiedy człowiek mija się ze swoim celem bo brak mu śmiałości, by do niego ruszyć, nigdy nie poczuje smaku spełnienia.

Dziś obejrzałam jej nowy teledysk do piosenki Your High. Wyczuwam falę krytyki, bo już teraz mówi się, że jest niskobudżetowy i słaby.

Jako, że cała Polska czeka tak długo na jej nowy album, nie ma innej możliwości, niż żeby zjechała go z góry na dół. Im dłużej na coś czekasz, tym większe są twoje oczekiwania. Zwłaszcza, jeśli dotyczą osoby tak bardzo uzdolnionej.

Najłatwiej jest nam mieć wymagania wobec kogoś, kto reprezentował nasz kraj podczas Eurowizji, kogoś, kto jest wybitny. Kiedy jego dzieło jest choćby dobre, wolimy milczeć, ewentualnie doszukujemy się w nim mankamentów. Najtrudniej jest nam tego kogoś pochwalić.

Zanim dołączysz do krytyków, pomyśl – czy nie byłoby lepiej, gdybyś czasem przemilczał to, co masz do powiedzenia? Dlaczego zamiast brać tej kobiety pod ostrzał, nie możesz po prostu pogratulować jej, że wreszcie zrobiła krok do przodu?

Przypomnij sobie, jak się czułeś za czasów szkolnych, kiedy siedziałeś po lekcjach nad zadaniami z matmy bo ryłeś do trzeciej z rzędu poprawki. A teraz zamknij oczy i odśwież sobie w pamięci twarz tego nauczyciela, który i tak – mimo twoich starań i wysiłku – bez mrugnięcia okiem wpisał ci pałę.

Artyści są nadwrażliwi. A odbiorcy są nieczuli, jak nauczyciele matematyki. Interesuje ich zawsze tylko wynik końcowy.

P.S. Mnie się ta piosenka podoba, a wam?

piątek, 23 maja 2014

Ciężarówki


I

Jestem w sklepie i robię zakupy na obiad. Przemieszczam się spokojnie między regałami, gdy nagle o mały włos nie wjeżdża we mnie wózkiem pewna kobieta. Woła coś do osoby znajdującej się na drugim końcu sklepu i panoszy się, jakby była u siebie. Za nic ma mijających ją ludzi, udaje, że ich nie widzi. Potrącenia przez nią uniknęłam tylko dlatego, że w ostatniej chwili prawie przewróciłam cały regał z przetworami.
– Mogłaby pani uważać, jak chodzi? – krzyknęłam za nią poirytowana. Ale ona nawet nie raczyła się odwrócić.

II

Wychodzę z centrum handlowego. Mam na nogach sandały na koturnie, więc zachowuję szczególną ostrożność, żeby w nikogo nie wejść, ani o nic się nie potknąć. Już prawie przekraczam ruchome drzwi, gdy nagle pod nogi wchodzi mi pewna kobieta. Postanowiła ot tak zmienić tor swojego spaceru i nawet nie była uprzejma poczekać, aż przejdę. Ledwo udało mi się na nią nie wpaść, a potem żałowałam, że na nią nie wpadłam. Może wówczas zwróciłaby na mnie uwagę…

III

Napotykam na swej drodze gromadkę dzieci. Są głośne, piszczą, drą się, chichrają i przewracają. Ich matka jest przy tym i zamiast je uspokoić, jeszcze bardziej się z nimi drażni i je zabawia, dzięki czemu są jeszcze bardziej energiczne i jeszcze bardziej wkurzające. Wszyscy wokół mają niezadowolone miny, ale nikt nie ośmieli się zwrócić jej uwagi. Ona zaś obserwuje reakcje ludzi i z dziką satysfakcją nadal prowokuje swoją dzieciarnię do zabawy. Istny plac zabaw, szkoda tylko, że rzecz działa się w przymierzalni. Tak się składało, że mierzyłam staniki. Nagle przez zasłonę zagląda do mnie dziecko. Całe szczęście, że akurat w tej sekundzie nie byłam roznegliżowana.

Ok, ale co w związku z tym?

Wszystkie powyższe przypadki coś łączy. Oprócz tego, że tylko te trzy miały miejsce nie dawniej niż tydzień temu, w każdej z przytoczonych przeze mnie sytuacji chodzi o kobietę. Ale nie taką zwykłą. Chodzi o kobietę w tzw. „stanie błogosławionym”.
Już samo to określenie mnie mierzi. Bo w żadnym wypadku nie czuję się zobowiązana do otaczania opieką obcych kobiet w ciąży. A już tym bardziej, że większość spotykanych przeze mnie ciężarnych kobiet to po prostu zadufane paniusie.
Rozumiem, ciąża to okres, w którym kobiety mają zmienne nastroje i niestworzone zachcianki. Mam jednak wrażenie, że im się wszystkim w dupach poprzewracało. Niech sobie stroją fochy na cały świat i będą aroganckie – w stosunku do swoich najbliższych – o ile ci nie mają nic przeciwko. Spoko, tylko co MNIE obchodzi fakt, że mają ochotę się na kimś powyżywać? Że ich życie jest ciężkie jeszcze bardziej od ich brzuchów? Kazał im ktoś w tą ciążę zachodzić? Czy panuje jakikolwiek przymus rodzenia dzieci? To był ich wybór, dlatego jeśli oczekują ode mnie, że będę im dogadzać, to są w błędzie.

Tak więc żadnego ustępowania miejsca w tramwajach. Żadnego otwierania drzwi. Żadnego przepuszczania w kolejce do kasy. 

Tak, mamuśki. Najpierw jesteście wredne, a potem oczekujecie po ludziach, że bądą was odciążać. Same jesteście sobie winne. Gdyby nie ta wasza postawa roszczeniowa, żądanie specjalnego traktowania przez zupełnie obcych ludzi i pretensje do całego świata, byłybyście o wiele lepiej traktowane. Wasza ciąża nie jest dla mnie niczym niezwykłym – nie widzę nic nadzwyczajnego w tym, że małpy najchętniej się rozmnażają.

czwartek, 15 maja 2014

O pieniądzach


Czyli jak poradzić sobie z tym, że nie możesz czegoś mieć, czy dobrze jest sobie odmawiać i ogólnie, czym są dla mnie pieniądze.

Na co dzień obracam się wśród – nazwijmy to – „dzianych” ludzi. Nowe modele telefonów, dobre i drogie samochody, połyskujące tablety, luksusowe perfumy, piękne markowe ciuchy to dla mnie pewnego rodzaju chleb powszedni. Sama mogę tego nie mieć, ale codziennie widzę obecność tych przedmiotów w swoim otoczeniu. Gdybym od zawsze była otoczona kosztownymi rzeczami, prawdopodobnie już tak bardzo nie zwracałabym na nie uwagi. Jednak tak się złożyło, że jest kontrast pomiędzy tym, gdzie byłam i co miałam kiedyś, a tym, co jest dzisiaj.

Czasem ciężko wyzbyć się nawyków, które mają osoby z różnych przyczyn zmuszone do tego, by żyć skromnie (bo zarabiasz najniższą krajową, albo zarabiasz niemało ale masz rodzinę na utrzymaniu, albo dlatego, że jesteś studentem i wydajesz wszystko co masz na fajki i na czteropaki piwa). Wciąż jeszcze przyłapuję się na tym, że wybieram to, co tańsze – a niekoniecznie dobre jakościowo. Gdzieś z tyłu głowy mam opory przed wydawaniem pieniędzy na rzeczy, które nie są mi absolutnie niezbędne do przetrwania. A jednak uwielbiam dobrobyt i powoli przyzwyczajam się do wyższego poziomu życia, jednocześnie zastanawiając się co by było, gdyby nagle zmienił się ten stan rzeczy. Dążę do równowagi, czyli stanu, w którym nie będę się bała niedostatku pieniędzy, bo nie będzie to warunkiem mojego spełnienia. Ale jednocześnie dążę do tego, by mieć tyle pieniędzy, żeby móc być niezależną i nie musieć brać pod uwagę innej opcji.

Zauważyłam, że kiedy nie mam tzw. grosza przy duszy, to żyję w napięciu, jestem nerwowa, co często odbija się na moich bliskich. Nie cierpię tego. Z kolei do niedawna, od momentu kiedy nie narzekałam już na stan swojego portfela, czułam się bezpieczna, stałam się bardziej optymistyczna, twórcza i zadowolona z siebie, ale jednocześnie… miałam jakieś dziwne wyrzuty sumienia. To było do tego stopnia absurdalne, że czułam się źle z tym, że kupuję pigułki antykoncepcyjne za 30zł (które przecież wcale nie są jakimś symbolem luksusu), podczas gdy siedemdziesięcioletnia staruszka przy okienku obok pyta, czy nie ma jakiegoś tańszego zamiennika na jej lek, bo ten przypisany przez lekarza kosztuje całe 11zł… W dalszym ciągu uważam, że to cholernie niesprawiedliwe, ale winę za to ponosi chory system, ewentualnie ludzie, którzy w mniejszym lub większym stopniu zdając sobie sprawę jak ten system funkcjonuje nie zadbali o swoją starość, ale na pewno nie ja. Dlatego nie powinnam zadręczać się tą sytuacją. Albo pomagam, albo idę dalej, bo samo moje ubolewanie nad cudzym nieszczęściem zupełnie mija się z celem. Ponadto zrozumiałam, że zasługuję na to wszystko, co mam. W życiu przeszłam wiele, niejedna osoba na moim miejscu stoczyłaby się na samo dno. Ja dałam radę. Jestem silna, inteligentna, nigdy celowo nie wyrządziłam nikomu krzywdy, a nawet jeśli nieumyślnie zrobiłam coś złego, to nie mam zamiaru z tego powodu pluć sobie w twarz – wybaczyłam sobie. Wierzę w to, że jestem dobrym człowiekiem, a na pewno staram się. Jestem w stanie dostrzec błędy, które popełniam i naprawiać je. Jestem z siebie zadowolona. Dlaczego w takim razie miałabym nie czerpać z życia tego, co najlepsze?

Dlaczego właściwie powiedzenie „ciesz się z tego, co masz” ma rację bytu tylko w obliczu biedy i nieszczęść? Według mnie to obowiązuje także wówczas, kiedy masz dużo i żyjesz w przepychu. Moje mieszkanie nie jest co prawda urządzone w stylu barokowym, ale też nie jestem łachudrą. I cieszę się z tego, co mam. Doceniam to.

Uważam, że nie ma nic złego w wydawaniu pieniędzy na przyjemności. Uważam też, że pieniądze nie dają szczęścia, ale dają to nieocenione poczucie stabilności, a wiadomo, że kiedy jest stabilnie – zdecydowanie łatwiej jest nam budować szczęście.

Wciąż jeszcze nie mogę powiedzieć, że stać mnie na nowego iPhona, na stołowanie się w najlepszych knajpach i na wymarzone wczasy. Jak sobie radzę z tym nieznośnym uczuciem, że chcę, ale nie mogę czegoś mieć?

Zadaję sobie pytanie: czy to potrzeba, czy chęć posiadania? Różnica między jednym a drugim jest ogromna. Jeśli okazuje się, że potrzebuję nowego telefonu (bo np. stary się psuje, zawiesza przed ważnym kolokwium, na którym zamierzam wspomagać się wikipedią, wariuje, kiedy musisz do kogoś pilnie zadzwonić, albo nieoczekiwanie wyłącza – z tego miejsca pozdrowienia dla mojego eks telefonu ;*), to wówczas wpisuję go na listę zakupów i przy pierwszej możliwej okazji po prostu zaspokajam tę potrzebę. Natomiast, jeśli kupienie tego telefonu byłoby jedynie zaspokojeniem chwilowej żądzy (bo ma piękny design, bo jest modny, bo widzisz oczyma wyobraźni, jak cudownie wyglądałby w karminowym etui, albo śni ci się, że paznokciami pomalowanymi na czarno dotykasz czystego i niezarysowanego ekranu) spokojnie (no dobra, niejedna łza drąży me lico, ale trzymam się dzielnie!) mogę sobie to odpuścić i poczekać na bardziej „urodzajne” czasy. Wtedy może akurat na rynek wejdzie jeszcze lepszy telefon w tej samej cenie.

Jednocześnie jestem zdania, że nie można popadać w skrajności. Raz stosuję zasadę „im mniej, tym lepiej” po to, by innym razem dać ponieść się emocjom i pójść na zakupy. Wówczas kupuję same niepotrzebne pierdoły i jest mi z tym dobrze. Bo dlaczego by nie nagradzać się za to, że np. dzisiaj rano wstałam wcześnie, że wysprzątałam w kuchni, albo choćby za to, że chciało mi się zrobić sobie ładną fryzurę?

Takie nic nieznaczące drobiazgi umilają życie i dają poczucie dosytu. Jeśli lubisz siebie, to nie tylko powinieneś od siebie wymagać, czyli być ambitny, rozwijać się i prowadzić aktywny tryb życia, ale także się rozpieszczać. Możliwie jak najczęściej.

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych to strasznie snobistyczne i nie zamierzam nikogo nawracać tak, jak nawraca się ludzi, którzy mają zwyczaj gromadzić w swoich domach niepotrzebne graty, by wyrzucili lub oddali innym wszystko to, z czego przez ostatni rok nie korzystali*. Każdy sam wie najlepiej, co jest dla niego dobre. Jeśli gardzisz ludźmi, którzy „lansują się” czym popadnie, to być może nie potrzebujesz tego, co oni. Ale nie mierz ich swoją miarą. Może ich odpowiedź na pytanie „czy to potrzeba, czy może tylko pragnienie” brzmi „potrzeba”. Czasem jest tak, że potrzebujemy otaczać się rzeczami, które są całkowicie zbędne – bo „czemu nie”, albo po to, by okazać sobie, że się lubimy.

*Nie zdajecie sobie sprawy, ile razy miałam tak, że pod wpływem chwili i durnych minimalistycznych rad coś wyrzuciłam, bo uświadomiłam sobie, że przez ostatnich kilka lat nie miałam tego w rękach, a tydzień później żałowałam, że już tego nie mam, bo nagle z jakichś powodów chciałam tego użyć. Jeśli kupujesz coś, bo serio tego potrzebujesz a nie dlatego, że ogarnęła cię chęć posiadania – innymi słowy, jeśli kupujesz świadomie, to nigdy nie pozbywaj się tego, co kupiłeś. Chyba, że uprzednio zastąpiłeś to czymś lepszym.

Dajcie znać, czy leży wam taka tematyka na moim blogu i co powiecie na to, żebym napisała:
1. o kobietach-materialistkach,
2. o tym, jak żyć na bogato – wcale nie dużym kosztem,
3. o troskach bogatych ludzi (nieco z przymrużeniem oka).

niedziela, 11 maja 2014

„Zużyta kobieta”

Pewien komentarz pod wpisem dotyczącym kobiet, które rzekomo się nie szanują skłonił mnie do napisania kolejnego wpisu o podobnej tematyce. Autor tego komentarza twierdzi, że kobieta, która miała wielu partnerów seksualnych to kobieta „zużyta”. Lałabym na to, gdyby nie fakt, że niestety nie jest on odosobniony w swoich skrajnych poglądach.


Abstrahując już od tego, że kompletnie się z nim nie zgadzam, jestem zniesmaczona samym tym określeniem. „Zużyta kobieta”. „Kobieta zużyta jak stara guma do żucia”. „Kobieta zużyta, niczym ścierka do podłogi”. Co to w ogóle za porównania? Na przyszłość polecam zapoznać się z definicją słowa „elegancja”. Żaden człowiek z klasą nie powinien używać takich epitetów w stosunku do innej osoby.

Poza tym, zastanawia mnie parę rzeczy: 

1. Kto jest bardziej „zużyty”? Kobieta, która miała 15 przypadkowych partnerów seksualnych, których nie widziała ani przed, ani po przebyciu stosunku, czy taka, która była z jednym facetem 5 lat i grzmociła się z nim średnio co trzeci dzień, czyli ok. 600 razy?

2. Jeśli kobieta może się zużyć, to znaczy, że za pierwszym razem jest jak funkiel nówka nieśmigana, a już za drugim albo trzecim jest coraz mniej zdatna do użycia?

3. Kim, jako facet wolisz być? Dziewiątym właścicielem penisa, który będzie gościł pomiędzy jej udami, czy jednym jedynym wybrankiem swojej ukochanej, która nawet nie ma porównania? 

4. Czy lepiej, jeśli kobieta, która mówi ci „ale z ciebie ogier! DEMON SEKSU NORMALNIE!” miała max. jednego łóżkowego partnera przed tobą i żadnego odniesienia, czy może jednak wolisz, by odrobinę znała się na mężczyznach i mówiąc, że jesteś dobry w łóżku naprawdę wiedziała, co mówi?
Może wolisz być tym pierwszym i ostatnim dlatego, że gdzieś tam głęboko tkwi w tobie niepewność, czy rzeczywiście jesteś taki dobry, jak chciałbyś być?

5. Ile jest kobiet, które nie przepadają za seksem tylko dlatego, że mają do czynienia ze słabeuszami, którzy nie potrafią pokazać im, jaka to jest rozkosz?

Może więc, jebako tysiąclecia – doceń, że twoja „księżniczka” miała ich więcej niż 1? Jeden z nich sprawił, że dowiedziała się, czym jest orgazm i dzięki temu twoja kobieta nie wymiguje się bólem głowy już trzeci tydzień.

P.S. Zwracam się nie do autora tego konkretnego komentarza, ale ogółem do wszystkich, którzy myślą podobnie do niego.