Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o krakowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o krakowie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2014

Nie lubię Kazimierza.


Dla niektórych dzielnica pełna inspirujących miejsc. Cotygodniowy pchli targ, knajpki umeblowane w stylu vintage, udekorowane starociami. Zapiekanki w okrąglaku, stoliki na zewnątrz barów, przy których można się wystawić na pokaz. Malowidła, poetyckość... Słowem: ulubione miejsce dla artystów wszelkiej maści.

piątek, 7 lutego 2014

Spaghetteria na Ruczaju – wyżyny smaku po taniości

Jako, że ostatnio jestem skazana na jedzenie na mieście, a wiadomo, że stołowanie się w restauracjach tanie nie jest, poznałam kilka miejsc, w których można zjeść po przystępnej cenie. Wśród nich są bary, makaroniarnie, naleśnikarnie – wszystkie szybkiej obsługi. Ich wspólną cechą jest typowo stołówkowy wygląd. Gdzieniegdzie właściciele zadbali o to, by ich knajpy nie wyglądały jak te w czasach PRL-u, ale jednym idzie lepiej, innym gorzej.

A ja jestem bardzo wybredna i nie, żebym nie mogła się przełamać i zjeść w miejscu, gdzie je się pod ścianą, na barowych krzesłach, w ścisku i plastikowymi sztućcami, ale nie oszukujmy się  - komfort podczas jedzenia to jedna z najważniejszych rzeczy. Dwa takie same talerze spaghetti różnią się w smaku diametralnie, jeśli jeden szamasz w ładnie udekorowanej, ocieplonej restauracji, na miękkim, wygodnym fotelu, a drugi w 20m2, uderzając się łokciami z innymi klientami i marznąc, bo co chwilę ktoś wchodzi i wychodzi, wpuszczając chłodne powietrze z zewnątrz.



Dlatego chciałabym z tego miejsca polecić Spaghetterię przy ul. Kobierzyńskiej, na Ruczaju. Jeśli ktoś mieszka w tych okolicach, naprawdę warto się tam wybrać. Makaron z bardzo różnorodnym doborem składników można zjeść już za niecałe 9zł. Można zamówić danie w wersji z penne albo spaghetti i, co najważniejsze – najeść się. Wiadomo, że gdy widzimy pozycję carbonara w cenie 8,50 lepiej nie liczyć na prawdziwą włoską carbonarę, ale jadłam to danie już w wielu miejscach i zaręczam, że są dużo droższe knajpy, w których carbonara jest nie do zjedzenia (np. Zapałki – słodka „carbonara” podawana z czerwoną cebulą, Fabryka Pizzy – bez smaku; Zapałki lubię, robią świetną pizzę ale to danie odradzam, podobnie w przypadku Fabryki Pizzy, chociaż u nich akurat pizza jest moim zdaniem bardzo średnia).
Jeśli jesteś typowym studentem i żywisz się mrożonkami a jedyne dobre jedzenie to to, które dostajesz w słoikach od mamy, to na pewno się nie zawiedziesz. Ja osobiście gotuję bardzo często, kiedy tylko mogę, bo uwielbiam to robić i mam wrażliwe kubki smakowe, dlatego jeśli ja mówię, że coś jest dobre, można mi wierzyć.


Salmone: sos pomidorowo-śmietanowy, łosoś wędzony i przyprawy - 8,50
Ale co jest wyjątkowe w przypadku tego miejsca, to totalnie nie stołówkowy wygląd! Dość dużo przestrzeni, miękkie fotele, odpowiednie oświetlenie, przemiła obsługa. Płacisz raptem 15zł za zestaw z napojem i czujesz się jak gość, bo nie jesz w typowo studenckim przytułku, tylko w naprawdę ładnym miejscu.

Kolejną z rzeczy, na które zwracam uwagę jest muzyka. Nie lubię, gdy w knajpie leci muzyka z radia, już wolę żeby obsługa uraczyła klientów lubianymi przez wszystkich starymi hitami z płyty, ale już najbardziej zadowolona jestem, jeśli w indyjskiej restauracji mogę usłyszeć hinduską muzykę, a we włoskiej – romantyczne włoskie melodie. Tak jest właśnie w przypadku tego miejsca, dlatego przyznaję mu dodatkowy plus.

Restauracja niestety nie prowadzi dowozu, natomiast jest możliwość zamówienia dania przez telefon odpowiednio wcześniej i wzięcia go na wynos, z czego choćby dziś znów skorzystam. Lada moment zamieszkam na Ruczaju, więc już wiem, dokąd się wybiorę, kiedy nie będę miała sił i ochoty urzędować w kuchni.  

Dla tych, którzy nie mieszkają na odludziu zwanym Ruczajem jest restauracja o tej samej nazwie przy ul. Kalwaryjskiej, ale uprzedzam, że tam stoły są wysokie, je się właśnie pod ścianą i tuż obok może usiąść jakiś skacowany student. Za to główne pozycje menu są tańsze o złotówkę, a więc można zjeść syty obiad już za 7,50. Co kto lubi.

Gdyby ktoś był zainteresowany, odsyłam na stronę restauracji: www.spaghetteriakrakow.pl lub na fanpage'a: facebook.com/SpaghetteriaKobierzynska142a

Ten wpis nie jest sponsorowany, piszę z własnej inicjatywy. Pizzerii w Krakowie jest od groma, fast-foodów też, a jeśli chodzi o makarony, wciąż jeszcze Kraków ma niewiele predyspozycji. Warto, byście wiedzieli o takim miejscu – jest sesja czyli ulubiony czas studentów na imprezowanie, więc kto wie, na co będziecie mieli „smaka” następnym razem, na kacu.

sobota, 9 listopada 2013

Ognisko kwietniowe, czyli jak się kończy epicki melanż.

Minęło ponad pół roku od ogniska kwietniowego na Skałkach Twardowskiego, większości już pewnie przeszedł kac i pozostały piękne wspomnienia, ewentualnie opowieści, o których bohaterowie wiedzą tylko dzięki znajomym.

cisza i spokój na Skałkach Twardowskiego
Wydawałoby się - już po wszystkim. 

Ale nie. Studentka, która zainicjowała to wydarzenie na fejsie usłyszała zarzut, grozi jej kara nawet pozbawienia wolności i teraz może odpowiadać za fakt, że jej znajomi, których zaprosiła na imprezę mają znajomych, których w dodatku zaprosili na imprezę, na którą przyszli także ich znajomi i znajomi tych znajomych. Łącznie uzbierało się tych znajomych ponad 20 tysięcy. I cały ten sajgon byłby w porządku, gdyby zgłoszono imprezę. Ale nikt się nie pofatygował i właśnie dlatego policja, która rozdawała mandaty niczym ulotki wreszcie znalazła winną.

Dla niewtajemniczonych, ognisko kwietniowe to wydarzenie, które od dobrych kilku lat odbywa się co roku, z okazji powitania wiosny. Ktoś kiedyś wpadł na pomysł, żeby z tej okazji rozkręcić bankiet, o którym dowie się każdy student. Możesz nie chodzić na zajęcia, ale jeśli masz nieobecność na ognisku kwietniowym to znaczy, że możesz wyrzucić legitymację, spalić indeks, zapakować resztę słoików i wrócić do rodzinnej wioski ze spuszczoną głową, bo nie jesteś prawdziwym studentem.

Ale jeśli byłeś na tej imprezie, to najprawdopodobniej ty także zapraszałeś znajomych. I równie dobrze ciebie można nazwać organizatorem. A może nawet w końcu wpadłbyś na pomysł utworzenia wydarzenia na facebooku, gdyby zbliżał się koniec kwietnia, a tu ani widu - ani słychu na temat wydarzenia, które przecież jest tradycją.
Czujesz to? Jesteś współwinny!

Ale nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Tak bardzo nie opłaca się być komendantem melanżu... Zawsze najbardziej przesrane ma właśnie on. Na koniec zostaje sam i musi ogarnąć cały syf, który inni zostawili. Nikt się nie zastanawia, czy ma siłę wstać, a potem jeszcze tyle razy się schylać...

Nie wiem, jak potoczy się dalej ta sprawa, ale apeluję do uczestników melanżu, żeby czasem wzięli pod uwagę, że komendant też człowiek. I wyrzucili chociaż te puszki i butelki, z których sami pili. Albo chociaż jedną. A jeśli tego nie zrobili, to niech potem nie wypowiadają się na temat odpowiedzialności, rozumu i innych rzeczy, o których nie mają pojęcia.

Na miejscu komendantki melanżu chyba powiedziałabym, że nic nie pamiętam.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Co myślę o zakazie handlu w niedziele?

W Krakowie chcą nam zakazać handlu i zakupów od godziny 12 w niedziele.

Co stanowi problem?

             1. Ludzie są zmuszani do pracy – ok, co prawda w każdej chwili mogą powiedzieć złemu szefowi: „chyba ci się w dupie poprzewracało, że będę robił w kolejny weekend” i odejść z pracy z godnością. Ale jak powszechnie wiadomo, ci ludzie pracujący na kasie zwykle nie robią tego dlatego, że jest to szczyt ich marzeń, więc w pewnym sensie są zmuszeni.

2. Ludzie nie spędzają czasu z rodziną – no tak. Gdyby w tę niedzielę nie chodzili do pracy, to mogliby sobie pójść do restauracji z dziećmi, zagrzać tyłek przed telewizorem, pojechać na narty, iść na basen… od groma możliwości!

3. Ludzie zarabiają za mało – dokładnie. Nigdy nie jest za dużo, ale są tacy, którzy zarabiają skrajnie mało i muszą pracować wtedy tylko, kiedy jest możliwość, żeby jakoś związać koniec z końcem.

Zatem na jakie rozwiązanie wpadł nasz rząd?

Zabronić handlu w niedzielę. Świetny pomysł! Po co silić się na oryginalność, skoro we wszystkich cywilizowanych krajach taki system jakoś funkcjonuje?
Nikomu nie chce się ruszyć głową i nagle ci najbardziej poszkodowani uwierzyli, że ten pomysł jest dobry.

Tymczasem…

Ad. 1. Zły szef daje ci możliwość zarobienia pieniędzy. Jesteś jego pracownikiem i zdaje się przed rozpoczęciem pracy w jego sklepie godzisz się na jego warunki. Każdy szef jest zły, każdy dzień jest ciężki i żadna stawka za godzinę nie jest wysoka, jeśli ktoś nie lubi swojej pracy.

Ad. 2. Ludzie, o których mówimy – czyli siła robocza, niższa klasa społeczna –  w większości przypadków nie spędzają czasu z rodziną, bo nie chcą. Nie dlatego, że nie mogą. Niektórzy uciekają do pracy, bo nie mogą patrzeć na męża, mają dość upierdliwych dzieci, albo grymaszącej żony.
A jeśli jednak chcą i wykorzystają wolną niedzielę na pójście do kina, czy gdziekolwiek – tam też ktoś będzie dla nich pracował. Bo ludzie pracują. Od zawsze tak było, że ktoś był ofiarą systemu, by ktoś inny mógł nie za pięć dwunasta, ale pięć po dwunastej dostać wylewu, wzniecić pożar domu, wypić herbatę w lokalu, a także wejść do sklepu, żeby kupić listek gumy do żucia, albo go ukraść – tak, żeby policji też się nie nudziło.

Ad. 3. Nie lepiej sprawić, by ludzie pracując 5 dni w tygodniu mogli zarabiać przynajmniej tyle, ile zarobiliby, pracując 6 albo 7. Nie lepiej sprawić, by przedsiębiorcy nie musieli na każdym kroku ciąć kosztów i oszczędzać na pracownikach. To byłoby zbyt trudne. Dlatego tym pierwszym lepiej zabronić pracować, a tym drugim lepiej zamknąć sklep, żeby mieli jeszcze mniejszy utarg.

Tak się rozwiązuje problemy. 

Czacha dymi tym wszystkim inteligentom od myślenia, gdzie stworzyć problem, żeby sprawić wrażenie, że się coś robi i odwrócić uwagę od drugiego – tego poważnego. Pionierski łeb! Zawstydzacie mnie swoim geniuszem.

wtorek, 22 października 2013

Krakowskie dziewczyny.

Że Kraków to dziwne miejsce, to już wiadomo, bo pisałam o tym całkiem niedawno. Zauważyć to może najprędzej ten, kto nie mieszka tu od zawsze i rzeczy, które tutaj spotyka nie są jego codziennością. Fakt, że część zjawisk spotkasz w innych, większych miastach, ale chyba tylko Kraków jest w stanie zmobilizować do całkowitej zmiany stylu życia.


Przykładowo, w swojej rodzinnej miejscowości, której nazwy nikt nie zna od czasu do czasu przemieszczałaś się rowerem. Zwykłym rowerem górskim, w zwykłym, wygodnym wdzianku. W sumie nie pamiętasz, jak byłaś wtedy ubrana. Zresztą i tak nie robiłaś tego zbyt często, bo odległości do pokonania były tak małe, że nie opylało się specjalnie na tę okoliczność wyciągać jednośladu z piwnicy, potem jeszcze czyścić z kurzu i pompować opony.
Ale w Krakowie to co innego. Z okazji przeprowadzki zainwestowałaś w bardziej stylowy rower retro. Do mieszkania, które wynajmujesz musi przynależeć piwnica, w ostateczności przypinasz go do jakiegoś znaku drogowego. Jeździsz na nim nawet do okolicznego Kefirka po bułki, które oczywiście wkładasz do wiklinowego koszyczka przyozdobionego kwiatuszkami. Na szprychach twojego czaderskiego pojazdu brzęczą koraliki, na tylne koło założyłaś jakąś ozdobną siatkę, na nogach masz brązowe, schodzone trzewiki, grube rajtuzy, oprócz tego obowiązkowo za duży sweter w obciachowy wzorek, spódnica za kolano i potargane przez wiatr włosy. Pedałując, patrzysz w dal i uśmiechasz się do siebie, bo życie jest piękne. Ale tylko z perspektywy siodełka. Jesteś prawdziwą miejską dziewczyną i dlatego tak bardzo się z ciebie śmieję, kiedy mijasz mnie ty, albo jedna z podobnych tobie, prawdziwych miejskich dziewczyn, które myślą, że są "nietuzinkowe".

Kolejną rzeczą, która czyni cię prawowitą mieszkanką Krakowa jest częste przebywanie na Kazimierzu. Żeby pasować do tego miejsca, specjalnie wskakujesz w pomięte i powyciągane szmatki z lumpeksu. Siadasz przy stoliku, w jak najbardziej widocznym dla przechodniów miejscu, zamawiasz herbatę i prezentujesz wszystkim, jak wygląda krakowski styl życia. Idealnie wpasowujesz się w uroczy klimat Krakowa.

Jeśli akurat porzucasz rower, bo ktoś w ramach akcji „popsuj rower hipsterowi” poprzebijał ci dętkę, idziesz do tramwaju. Ale skoro już jesteś do tego zmuszona, to nie obejdzie się bez książki. Książka w tramwaju to dla ciebie rzecz ważniejsza, niż bilet. Patrzysz na skaczące literki i wcale nie zastanawiasz się, kto w tej chwili zerka na ciebie myśląc „oto prawdziwa romantyczka”. Czytasz ją nawet na stojąco, bo jak wiadomo, tramwaj to nie środek transportu, a idealna czytelnia. Niestraszny ci hałas i potrącający cię co chwilę pasażerowie.

A skoro już o czytelniach mowa, to kolejnym miejscem idealnym do czytania jest podłoga w empiku. To nic, że wszystkie fotele są pozajmowane. To nic, że jest masę bibliotek, w których możesz wypożyczyć książkę. Problem w tym, że one nie są empikami. Liczysz, że to właśnie tam spotkasz miłość swojego życia. W prawdziwie krakowskim stylu.

Poza tym nie chodzisz na imprezy. A już na pewno nie na takie, na których można się dobrze bawić. No chyba, że siedzenie na niewygodnym krześle podczas wieczorku poetyckiego jest dla ciebie dobrą zabawą. Kochasz wernisaże, wystawy, darmowe spektakle i wszystko to, co potwierdza, że Kraków to miasto artystów.

Nie korzystasz z internetu. Może to i lepiej, bo tego nie przeczytasz i nie ujrzysz swojej własnej karykatury. Być może właśnie w tej chwili, jadąc tramwajem pomijasz któryś istotny szczegół, który wymieniłam. Ale nic się nie stało. Z pewnością za chwilę wymyślisz kolejne dziwactwo, dzięki któremu nadrobisz niedociągnięcia. Np. włożysz dwie różne skarpetki, że niby przez przypadek.

Tak, opisane tu obrazki są podsumowaniem moich obserwacji. No dobra, może trochę znam je z autopsji. Presja jest tak duża, że sama aspiruję do bycia prawdziwą Krakuską, tylko jakoś mi to nie wychodzi...

sobota, 5 października 2013

U nas w Krakowie...


Kraków. To tutaj zjeżdżają się młodzi, piękni i ambitni, by przekonać się, co tak naprawdę oznacza studiowanie. To tutaj zaczynasz prowadzić swoje drugie życie, o którym nie mają pojęcia twoi rodzice. Kraków to miasto uwielbiane przez aspirujących studentów. Na początku myślisz "wow, teren zabudowany, tramwaje, tunele, galerie, perspektywy". A potem, im dłużej tu jesteś, tym częściej zastanawiasz się "czy każde miasto jest tak poj... niebanalne jak to?"
Nie jest.

Miasto, w którym powinieneś nosić przy sobie nóż, bo to teraz ostatni krzyk mody, nie może być zwykłym miastem...

To miejsce, w którym nie powinieneś zdziwić się, jeśli na balkonie jednej z licznych kamienic jakaś 60-letnia babka wystawi cycki grożąc przy tym, że wszystkich pozabija.

To właśnie w Krakowie stojąc sobie grzecznie na przystanku zobaczysz, że wszyscy wokół, jak jeden mąż, robią skrzywioną minę i oddalają się od ciebie na kilometr, bo facet w garniturze siedzący za tobą na twój widok postanowił się zbryndzlować.

Tylko w krakowskim tramwaju spotkasz blondwłosą kobietę w średnim wieku, wymalowaną mocno różową szminką i odzianą w turkusy, która zwyzywa cię od komuchów i czerwonych świń tylko dlatego, że siedzisz naprzeciwko niej.

Przechadzając się którąś z uliczek w Rynku pamiętaj, że żul, który do ciebie podchodzi zajmie ci „tylko chwilkę” i na pewno nie będzie chciał żadnych pieniędzy. On po prostu narzeka na brak towarzystwa.

Kiedy czekasz z koleżanką na tramwaj nieopodal galerii nie wiej, gdzie pieprz rośnie jeśli podejdzie do ciebie facet dwa razy starszy od ciebie i będzie zapraszał cię na kawę. Ja odmówiłam. Gdy spytał ponownie, znów odmówiłam, a jak spytał raz jeszcze, stanowczo odmówiłam i co?! Nowe spodnie przeszły mi koło nosa!

Jeśli jedziesz na rowerze i nie wiadomo skąd, nagle na głowę spada ci jajko – to znaczy, że musiałeś wjechać do Krakowa.

Będąc na zakupach w Tesco przyzwyczaj się do niezrozumiałych zachowań ludzkich, np. gościa, który, rzuca się w mrożonki nie musisz od razu klasyfikować jako chorego umysłowo. To po prostu mieszkaniec Krakowa.

Twój sąsiad też tylko wygląda jak psychopata. Cóż z tego, że hoduje karaluchy, drze ryja i co godzinę wychyla głowę przez drzwi, od czasu do czasu krzycząc przy tym „kurwa”, jakby miał omamy – niech uspokoi cię fakt, że słucha Radia Maryja do 4 nad ranem. To musi znaczyć, że w głębi serca jest dobrym człowiekiem i nie ma niecnych zamiarów.

Jeśli widzisz paczkę ludzi nad Wisłą, z których jeden postanowił odlać się z murku tuż przy wiadukcie, spokojnie możesz czuć się, jak u siebie w domu.

Grupka młodych Hiszpanów spotkanych w klubie zaprasza cię na domówkę? Nigdy nie odmawiaj! Jeden z nich pyta, czy masz chłopaka? KŁAM! Prawdopodobnie obcokrajowcy to jedyni normalni ludzie w Krakowie. Bo nie tutejsi.

 Przed lansem na Kazimierzu wymyśl kilka tekstów na zbycie cyganki, która będzie chciała powróżyć ci z ręki. „A ile mi pani za to zapłaci”, „nie mam rąk”, albo - w ostateczności „nie mam linii papilarnych” zwykle działa.

Jeśli przebiegasz przez pasy, pamiętaj żeby spojrzeć najpierw w lewo, później w prawo, żeby sprawdzić czy aby przypadkiem skądś nie nadjeżdża tramwaj. Nawet, jeśli masz zielone, a w pobliżu nie ma żadnych torów.

Z przystankowych sytuacji pamiętaj, żeby nie dziękować panu z kijem w ręce, kiedy ten uprzejmie przepuści cię przy wejściu do tramwaju. Najlepiej wejdź innym wejściem. No chyba, że lubisz być pchana kijem w tyłek.

Nie śmiej się z pani, która zatrzymuje wszystkie tramwaje ręką. To jej praca. Podziękuj jej. Gdyby nie ona, motorniczy na pewno by się nie domyślił, że trzeba stanąć.

Kiedy stoisz sobie spokojnie przy przejściu dla pieszych, nie zdziw się, jeśli para kretynów przejeżdżając obok samochodem wykrzyknie tekst w stylu „boli mnie moszna”, albo „jadę autem”. Możesz mi wtedy pomachać.

U nas w Krakowie to wszystko normalne. Ty też z pewnością przeżyłeś tu nie jedną chorą sytuację. W razie czego, w tym miejscu zostaniesz wysłuchany i znajdziesz zrozumienie. Opowiedz nam swoją historię.
A jeśli nie masz na koncie żadnych przygód, to wszystko dopiero przed tobą. Nie rób takiej miny, tylko poczuj ten klimat.

czwartek, 27 czerwca 2013

Oleandrrowy Kraków i kilka sentymentów

















Spacery po krakowskim rynku robią mi dobrze. Nie wiem, co takiego jest w tym mieście, ale przywłaszczam je sobie. To tutaj poznałam M i to on zaszczepił we mnie sympatię do niego, sprawił, że czuję się tu dobrze. Przeżywam niemałą ekscytację na myśl o małych i dużych podróżach, które mnie czekają w najbliższym czasie, a powyższe zdjęcia to Kraków, jaki chcę zapamiętać. Szwendanie się to tu, to tam, bez celu, bo ważne jest tylko to, by chłonąć razem każdą chwilę. Patrzę na siebie w przeszłości i kartkuję jak książkę zmiany, które we mnie zaszły. Uwielbiam się śmiać. Każdego dnia budzę się i mówię sobie: "dziś znów będę szczęśliwa".
Kupiłam wczoraj Kronikę Ptaka Nakręcacza. Czytałam ją za czasów gimnazjum i chcę zobaczyć, ile jej we mnie zostało. Parówki z burakami. Czy wciąż czuję ten surrealizm? Książki czytam raczej rzadko, jeszcze rzadziej zdarza mi się pożreć jakąś w krótkim czasie. Uwielbiam sobie tę rozkosz wydłużać do granic możliwości, dlatego im grubsza książka, tym lepiej.
A ten wpis jest umyślnie nieuporządkowany. Są wakacje i nie mam potrzeby organizować się. Mam za to potrzebę spontaniczności, bo czuję się, jakbym naprawdę miała skrzydła i mogła latać.

wtorek, 4 czerwca 2013

Spontaniczny Kraków

Spacerując po krakowskim rynku w tych dniach, kiedy jest on przepełniony po brzegi turystami, turystami i jeszcze raz turystami, a dopiero potem miejscowymi, którzy i tak w obliczu tego pięknego miejsca wyglądają trochę, jak turyści, albo punkami, których sen o byciu wiecznie młodym i napitym się ziścił, albo wrzeszczącymi dziećmi, które podrzucają do góry swoje nowo nabyte zabawki i biegają, wybierając spontanicznie kierunek i plątając się między nogami prawie jak gołębie... schodząc co chwilę na bok, żeby nie zostać potrąconym przez dorożki i zastanawiając się, co mają w głowie ludzie jeżdżący w tych dorożkach, że nie czują wyrzutów sumienia będąc stręczycielami koni... od czasu do czasu zauważę coś, przy czym warto się choćby na chwilę zatrzymać, nad czym warto się choć na chwilę pochylić.

Idę sobie i jem loda w wafelku, który mógłby być równie dobrze plastikowym kubeczkiem, bo i tak go nie zjem i rzucę gołąbkom albo innym żulom na pożarcie, aż tu nagle, ni stąd, ni zowąd słyszę za plecami dojrzałe, męskie głosy śpiewające jakąś piosnkę po niemiecku. Odwracam się i widzę... dwóch dziadków, z których jeden wyglądem swym przypomina Hitlera, trzymających się pod rękę i maszerujących pewnym krokiem przed siebie, niczym stare żołnierzyki, śpiewając coś, co brzmi jak piosenka o wybijaniu Żydów, bo w końcu to niemiecki... I widzę na ich twarzach radość z tego, że tu są. I stoję, patrzę niedowierzając, i żałuję, że w szkole nie przykładałam się do nauki niemieckiego. Choć właściwie to i tak wiem, że śpiewają o czymś lekkim i przyjemnym, mimo że jestem Polką i pewnie powinnam czuć odrazę. Albo co najmniej tego nie trawić, ale to akurat nie dlatego, że jestem Polką - po prostu dlatego, że nie jestem nimi. Ale o dziwo czuję prawie to samo, co oni, choć nie spożywałam wczaśniej alkoholu i nie mam jeszcze tylu lat, ani tyle czasu i oszczędności... By móc pojechać sobie nieważne gdzie i czuć się tam, jak u siebie, bo jestem obywatelką świata, a on leży u mych stóp. Mająca na liczniku lat tyle, by móc zmęczyć się życiem, albo znudzić się nim, będę mogła powiedzieć, że je znam i nie czuć się tak jak teraz, gdy to mówię i - co więcej nie będę ani zmęczona, ani znudzona. Będę miała w sobie krzepę, by podnosić nogi tak wysoko, jak ci starsi panowie, albo i jeszcze wyżej... i będę w pełni sił, by się swoim światem cieszyć.
Panowie przeszli obok, dołączając do swych kolegów, którzy, jak się okazało, czekali na nich parę metrów dalej. Następnie wszyscy ruszyliśmy przed siebie, w jednym kierunku, wszyscy pod jednym słońcem, jedyna różnica między nami polegała na tym, że oni szli kilka kroków przed nami i zdawali się nie wiedzieć o naszym istnieniu.

Pod spodem krakowski rynek sprzed dokładnie dwóch lat - "trochę" mniej deszczowy...