Pokazywanie postów oznaczonych etykietą to co lubię. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą to co lubię. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 października 2013

Jesienny spacer po krakowskiej dżungli i vlog, na którym jestem debilem

W tym roku po raz pierwszy doceniłam jesień w Krakowie. Zawsze uważałam, że moje rodzinne miasto o tej porze roku nie ma sobie równych i w zasadzie, nie zmieniłam zdania, ale Kraków też jest uroczy, o ile oczywiście przyświeca słońce i nie jest szaro i buro. Wczoraj wybrałam się na spacer, ciekawe czy ktoś z "miejscowych" rozpozna na zdjęciach to miejsce.
Było świetnie. Pooddychaliśmy świeżym powietrzem (o ile w Krakowie można w ogóle o czymś takim mówić). Lubię zapach i odgłosy lasu. Drzewa, które pamiętają przeszłośc i mieniące się w jesiennym słońcu spadające z nich liście.
Jesień zawsze skłania mnie do refleksji nad przemijaniem. Para staruszków na dwóch pierwszych zdjęciach to był wspaniały widok. Później, gdy doszliśmy na górę widokową Krakowa (nie powiem jaką - gdzie jest tak ładnie dowiecie się, jeśli ktoś odgadnie), spotkaliśmy starszego człowieka, który stał tam jeszcze zanim wzbiliśmy się na kopiec i wyglądał na zanurzonego we wspomnieniach. Kiedy nas ujrzał, uśmiechnął się melancholijnie, po czym postanowił zejść, ustępując nam miejsca. Takie chwile zawsze inspirują mnie do wymyślania czyichś historii, tym razem wyobraziłam sobie, że ten starszy pan zapewne był tam kiedyś ze swoją miłością, która już odeszła. A w nas zobaczył siebie i ją sprzed lat, po czym postanowił powierzyć nam to miejsce. W rzeczywistości pewnie było zupełnie inaczej, ale kto wie, może jeszcze bardziej sentymentalnie? Życie składa się z różnych, pięknych historii...
Jednak, żeby nie było - cały spacer to był bardziej ubaw, aniżeli wędrówka w milczeniu. Podczas naszych wygłupów powstał debilny filmik, przymknijmy zatem oko na fakt, że grzybki to nie rośliny - wszystko mówiłam na całkowitym spontanie i na początku nawet nie wiedziałam, czego dokładnie szukam ;P. W związku z tym, że nadal poszukuję jakiegoś dobrego edytora do obróbki filmików, wybaczcie małą rozdzielczość i to, że tak cicho mówię. Ustawcie głośniki na full, włączcie jakość HD, zaklejcie usta domownikom i w ogóle, najlepiej podłączcie sobie słuchawki ;-). Wtedy słychać mnie całkiem nieźle.

A oto zdjęcia, wszystkie oczywiście robione przez M (kliknij, aby powiększyć):



piątek, 6 września 2013

Oleandrra zaczyna vlogować


Tak jak zapowiadałam, na blogu szykują się zmiany. Postanowiłam spróbować swoich sił w kręceniu krótkich filmików. Swój pierwszy występ przed "kamerą" i pierwsze dziwne spojrzenia ludzi wokół mam już za sobą. Mam nadzieję, że z czasem będę coraz mniej speszona i oswoję się z błyskiem fleszy ;-). I przepraszam za jakość - na razie jestem w trakcie poszukiwań dobrego, prostego programu do obróbki filmów. Any ideas?
Powyższe nagranie odbyło się na Kazimierzu. Końcówka lata to fajna okazja, żeby napić się piwka w tak uroczym miejscu i... ruszyć z czymś nowym. Chciałabym pokazać wam cząstkę mojego świata, gdzie bardzo często zdarzają się rzeczy, którymi myślę, że warto się podzielić. Nie wiem jeszcze, z jaką częstotliwością będziecie mogli mnie oglądać, bo to wszystko ma być raczej spontaniczne. Poza tym nie wyobrażam sobie, że mogłabym porzucić pisanie - vlogowanie będzie po prostu miłym urozmaiceniem mojej arcy wesołej twórczości.

Jeśli podoba wam się to, co robię i chcielibyście być na bieżąco, zapraszam do polubienia mnie na facebooku:



albo dołączenia do grona moich obserwatorów:

,

czwartek, 15 sierpnia 2013

Mój sos pomidorowy. Reszty nie trzeba

Przepadam za różnego rodzaju sosami, często jadłam te gotowe, ze słoików - mam swoje ulubione smaki i ciężko byłoby mi z nich zrezygnować, a poza tym nie dałam się jeszcze zwariować i myślę, że są na tym świecie bardziej tłuste przysmaki. Jednak pomyślałam sobie, że skoro już dostałam blender od M, to dlaczego miałabym nie spróbować zrobić taki sos samodzielnie? I tak oto mam pewność, że jem prawdziwe pomidory, bez sztucznych barwników. Sos mojego autorstwa jest wprost przepyszny. Do tego stopnia, że po zjedzeniu obiadu (który oczywiście nim polałam) kontynuowałam jedzenie samego sosu łyżką. Mamma mia! Nazwanie go "dodatkiem" jest dla niego obrazą ;P


Jak go przyrządzić? Oczywiście łatwo i szybko:
Potrzebujesz:
3 pomidorów
ćwiartkę czerwonej cebuli (dla przełamania smaku pomidora)
25g serka topionego kremowego Hochland "Z ziołami"
1 łyżki oleju z oliwą z oliwek

Dla ułatwienia pokroić pomidory w ćwiartki, a ćwiartkę cebuli w cienkie pióra. Wszystko to zblendować w misce, aż do uzyskania płynnej papki.
Podgrzać olej w rondelku i wlać sos, gotować przez około 2-3 minuty.


Gotowe! Najlepiej sprawdza się w połączeniu z pastą. Albo jako samodzielne danie, które co prawda nie zaspokoi głodu, ale uwiedzie kubki smakowe. Nie, nie przesadzam. Myślałam, że przesadzam, dopóki nie zachwycili się nim moi znajomi z Warszawy.


Korzystajcie. Nie ma za co :)

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

KOBO 8 BRASIL, kolor tła w mych najśmielszych snach

Nie prowadzę bloga kosmetycznego i ten post jest prawdopodobnie pierwszym i ostatnim postem o produkcie kosmetycznym. Zawsze czułam się debilem w kwestiach dotyczących makijażu i innych babskich pierdółek, dlatego już więcej nie będę swojego debilizmu tutaj upubliczniać.
Jednak, kiedy znajdujesz ten jedyny lakier do paznokci, masz ochotę chwalić się nim gdzie popadnie. Tak więc padło na bloga. Z góry przepraszam ;)

Jako, że mam bzika na punkcie rzadko spotykanych kolorów lakierów do paznokci, gdy tylko zobaczyłam paznokcie właścicielki bloga MTP na zdjęciach w tej notce, nie mogłam nie spytać jej, co to za cudo. Co prawda, jak się potem okazało, ten kolor powstał w efekcie nałożenia filtru na zdjęcie i rzeczywisty kolor był daleki od tego, który Bella Blumchen miała na paznokciach. Ale to mnie nie powstrzymało przed poszukiwaniem dokładnie tego odcienia i oto jest!

Kobo Professional, seria COLOR TRENDS NAIL POLISH - odcień nr 8 BRASIL


Bez dwóch zdań, zaletą jest kolor. Ale prócz koloru, kolejnym plusem jest to, że wystarczy nałożyć jedną warstwę tego lakieru, by kolor był tak intensywny, jak oczekiwałam. Rozprowadza się łatwo i efekt końcowy wygląda tak:


Nie pytajcie, jak powstało to zdjęcie. No dobra, zdradzę: robiłam je brodą. 
Jako, że jestem rozentuzjazmowana, uniesiona i w ogóle, a w dodatku mało ogarnięta w kwestii pisania recenzji kosmetyków, wrzucam tutaj to coś, co nawet obok recenzji nie stało jeszcze tego samego dnia, którego kupiłam tą malutką buteleczkę, dlatego nie dowiecie się jak długo lakier trzyma się na paznokciach i czy zachęcam do zakupu, a tym bardziej, czy jest wart swojej ceny (w drogerii Natura kosztuje 10zł bez grosika). Przynajmniej nie teraz. Teraz to ja idę cieszyć oko i dopiero za parę dni powiem, jak było!
Dopiszę parę słów w tej notce, obiecuję.

EDIT: Lakier przez 4-5 dni trzymał się świetnie. Nie odpryskiwał, zdarły się jedynie końcówki, ale to normalne - prędzej, czy później. Zwykle jednak prędzej, więc myślę, że jeśli chodzi o trwałość, KOBO 8 BRASIL nie jest zły. I teraz, z czystym sumieniem mogę polecić.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Dlaczego zaniedbuję bloga?

1. Przez ostatni tydzień moje mieszkanie w Krakowie zamieniło się w hotel dla psa. Donę, bo tak nazywa się mój pies, podrzucili mi rodzice, którzy pojechali na wczasy i nie mieli jej z kim zostawić na kilka dni. Dona jest psem innym niż wszystkie. Czasem mam wątpliwości co do tego, czy aby na pewno jest psem, bo zachowaniem przypomina bardziej kota. Nawet wpieprza whiskas. Za psią karmą nie przepada, w zasadzie żywi się albo kocią, albo je gotowanego kurczaka, którego oczywiście uprzednio należy pokroić jej w kosteczkę, bo inaczej go nie tknie.
Nie daje łapy, nie siada na zawołanie. Mści się i sika, gdy zostawi się ją na dwie godzinki samą w mieszkaniu. Dostałam ją na moje 10 urodziny i teoretycznie jest moim psem, ale na panią wybrała sobie moją mamę. Mnie kocha tylko, gdy jej nie ma w pobliżu, albo kiedy chce wyjść na spacer.


Żadne z moich znajomych jej nie lubi, bo gryzie wszystkich, którzy śmią postawić stopę w jej domu. Nawet M momentami tracił do niej cierpliwość. W zasadzie nie dziwię się, ale ja nie potrafię jej karcić, bo ten pies ma po prostu pewne przywileje i powinien być traktowany wyjątkowo. 
Kocham ją i cieszę się, że mogła zobaczyć, jak mieszkam i, że nie jest gorsza od całej rodziny - też pojechała sobie gdzieś na wakacje.
Mogłabym rozprawiać o niej godzinami, ale nie tym razem.

Dona w młodości
2. Chodzę na basen. W Krakowie basenów jest dużo, ale muszę się przyznać, że jak dla kogoś, kto stracił kondycję i zawsze bał się głębokiej wody (mówię oczywiście o sobie), basen głębokości nawet 1.60m jest, póki co, zbyt głęboki. Sama mam niewiele ponad 160cm wzrostu i nie znoszę nie czuć dna pod nogami. Dlatego tak przypadł mi do gustu ustronny basen w Lemon Fitness, przy ul. Ludwinowskiej. 



W najgłębszym miejscu ma on 1.20m, obok jest też jacuzzi. Poważnie rozważam kupno karnetu na basen, fitness i siłkę, ale póki co staram się co drugi dzień pływać, w ramach zdrowego trybu życia :-). 



Basen mogę polecić ze względu na atmosferę, jednak jeśli ktoś oczekuje atrakcji, zjeżdżalni itp. bajerów, niech lepiej przemyśli Aqua Park.
Z pewnością w miarę moich postępów będę chciała się przerzucić na bardziej sportowe baseny.

3. Szkolę się w zakresie zakładania swojej własnej działalności. Pochłonęło mnie to do tego stopnia, że nie ma mnie dla świata. 

4. Dziś w nocy lecę do Grecji i nie będzie mnie przez tydzień. Być może uda mi się stamtąd coś naskrobać, ale niczego nie obiecuję, bo mam w planach poznawanie wyspy Korfu wzdłuż i wszerz, rozkoszowanie się pysznym jedzeniem oraz pragnę przełamać się i pływać w morzu (Bałtyk jakoś niezbyt mnie zachęcał pod tym względem). 




Nie mogę się doczekać! Tym bardziej, że bardzo, bardzo dawno nie byłam na zagranicznych wczasach. Oczywiście spodziewajcie się kolejnego tabunu zdjęć :-). Postaram się notować kolejno każdy dzień.
Nie obiecuję, ale może także znajdę trochę czasu na wysłanie pocztówek, zatem jeśli ktoś jeszcze nie wysłał mi swojego adresu, a chciałby takową ode mnie otrzymać, niech pisze: 

Τα λέμε!

wtorek, 16 lipca 2013

Łososina

Już nie pamiętam, kiedy ostatnio mogliście tutaj przeczytać wpis z serii "ja i moje garnki", a to wcale nie oznacza, że nie bawię się nimi. Zainspirowana morzem ostatnio jem dużo ryb, dlatego dziś podałam łososia.



Jest taka miejscowość na drodze z Krakowa do mojego rodzinnego miasta, przez którą zresztą jutro będę przejeżdżać, stąd wzięła się nazwa notki.
Będąc w Gdyni nie zjadłam ani jednej ryby, bo jakiś rok temu oglądałam program o tym, że dodaje się do nich np. egzotyczną przyprawę o nazwie "kurz z podłogi", a poza tym panicznie bałam się zatrucia. Dlatego postanowiłam sobie to zrekompensować :-).
Z łososiem nie mam do czynienia zbyt często, dlatego tym większy był mój zaszczyt, kiedy M powiedział, że lepszego nigdy nie jadł.



Jak go przyrządziłam? Kilka kropli sosu vinaigrette i soku z cytryny, tzw. przyprawa do ryb i szczypta czosnku. Robiłam ją na grillu, który M podkradł rodzicom. Smażył się przez ok. 30-40min. Zanim go tam położyłam, posmarowałam grill masłem, żeby skóra łososia do niego nie przywarła, a górną część przykrywałam folią aluminiową - z tych samych powodów.

Jadłam do niego jedynie mix sałat, a M ryż z odrobiną kurkumy, mieszanki oleju i oliwy z oliwek, soli i oregano.



Polecam się na przyszłość!

piątek, 28 czerwca 2013

Enter galactic, you and me

oto są!


ko ko ko - koktajlo!

parasolki były złożone, a krzesła związane sznurkiem - nielegalna posiadówa w "kohi fewen"

czego to stanie w korku nie robi z człowiekiem...

piercing.


danie wegetariańsko-chińsko-indyjsko-włoskie

W poniedziałek będzie morze! Weekend zatem minie nam pod znakiem przygotowań do podróży. Mam w planach zrobić listę rzeczy do spakowania i zrobienia przed wyjazdem, bo boję się, że o czymś zapomnę. Mam nadzieję, że będą to wszelkiego rodzaju stresy i humorki ;-). Bo najważniejszą pozycją na tej liście jest oczywiście dobre nastawienie.

Dopiero dziś kupiliśmy bilety ąpenerowe z nadzieją, że tych kilka zespołów, dla których tam jedziemy, nas nie zawiedzie. Tak czy inaczej, zamierzamy się dobrze bawić. Nie mogę się doczekać! Nie wiem, jak będzie wyglądała sprawa z internetami, ale tak czy inaczej - spodziewajcie się obszernej relacji. Będzie bajkowo!

Jeśli ktoś jeszcze chce, ślijcie na czyn.wiosne@gmail.com swoje adresy. Kilka z was wyraziło chęć otrzymania ode mnie pocztówki, ale to za mało! Chciałabym wysłać ich jak najwięcej. Uważam, że to bardzo fajna inicjatywa - może nie służy niczemu wielkiemu, ale mam nieodpartą chęć wywołać na waszych twarzach wakacyjny uśmiech :-). Cieszmy się latem.

Enter Galactic by Kid Cudi on Grooveshark
Ps. Jeśli ktoś szuka pomocy w tworzeniu szablonu, to polecam się, bo po ostatnich przejściach stałam się specem.
Ps2. W trakcie mojego pobytu nad morzem ma zostać na zawsze usunięta opcja "obserwowania" oraz Lista czytelnicza, która umożliwia wszystkim śledzenie nowości na tym blogu, zatem zamiast dodawać się do obserwatorów, polecam np. śledzić mojego bloga na bloglovin':
Follow on Bloglovin
klik!
ewentualnie polubić mnie na FB.

czwartek, 20 czerwca 2013

Z ostatniej chwili: Labyrinth Ear

Jest sobie taki zespół, który odkryłam prawie dwa lata temu temu i zakochałam w nim od pierwszego usłyszenia... Zespół ten jest jeszcze mało znany, tym bardziej, że nie ma jeszcze nagranego kompletnego albumu i raczej nie spodziewałabym się, że prędko ich zobaczę gdzieś na żywo. A tymczasem, zupełnie przypadkowo okazuje się, że w wakacje mają zagrać w Polsce.


Oczywiście napalona szukam jakichkolwiek wieści w internecie, a chwilę później dowiaduję się, że zagrają na before party przed OFF Festiwalem (1.08) w Kato. I jedyne szczegóły jakie znam, to pogłoski, że trzeba mieć karnet czterodniowy, żeby móc wejść do klubu, w którym zagrają... Co gorsza, wszystkie te karnety są już wyprzedane, co i tak mnie nie obchodzi, bo z moich obliczeń wynika, że wtedy będę już raczej spłukana...
Ale nauczona, że ludzie często gadają głupoty, dokopałam się do adresu mailowego tego klubu i postanowiłam dowiedzieć się osobiście, jak to wygląda.

Jeszcze tego samego dnia otrzymałam odpowiedź, że grają przed klubem i wstęp jest wolny. HEUREKA! Wychodzi na to, że wydam pieniądze tylko na podróż z Krakowa do Katowic i, przy założeniu, że nie rozpłynę się tam, to ewentualnie także na podróż powrotną.

I jak tu nie mieć dobrego humoru? Czyż świat nie jest piękny? Jakiś rok temu miałam podobną sytuację, kiedy okazało się że mogę zobaczyć Tricky'ego za darmo dwa razy w ciągu jednego roku (Sosnowiec i Cudawianki w Gdyni). Od kilku lat mam postanowienie, żeby przynajmniej raz w roku pójść na koncert zespołu albo wykonawcy, którego lubię. Nie ma nic lepszego, niż usłyszeć na żywo muzykę, którą się żywisz.
I może nie jest idealnie, może i życie nie jest do końca takie, jak byśmy sobie tego życzyli, ale jedno jest pewne: trzeba je chwalić i wierzyć w nie, bo na pewno w końcu cię czymś pozytywnie zaskoczy :-)



sobota, 15 czerwca 2013

Krótko, acz optymistycznie + ślę wiosnę

Wreszcie usiedliśmy i na spokojnie przeszukaliśmy ogłoszenia wynajmu pokoi w Gdyni. Przyznam, że stresowałam się tym jak diabli. O tej porze zwykle trafiają się same ochłapy... Ogłoszeń jest coraz mniej z każdym dniem. Rok temu zabraliśmy się za poszukiwania na 3 albo 4 tygodnie przed wyjazdem i ledwo udało nam się znaleźć kwaterę, gdzie standard można by ocenić na dobry, gdyby nie szczypawice w łóżku (brrr) i brak zasłon w oknach.
Tym większe były moje obawy, że nie znajdziemy już w miarę taniego noclegu w dobrych warunkach i że dodatkowo będziemy musieli zatrzymać się gdzieś na jakimś zadupiu. 
Dlatego obraliśmy metodę, żeby odpowiadać nawet na jakieś stare ogłoszenia, bo a nuż okaże się, że gdzieś ktoś odwołał rezerwację, albo właściciele będą mieli jeszcze jakiegoś sąsiada, co ma jeden pokój wolny. Whatever.



I, w końcu nasz sposób zadziałał - jedna kobiecina miała już wszystkie pokoje zajęte, ale powiedziała, że jej córka wynajmuje przez cały rok mieszkanie i w tej chwili stoi ono puste. Zatem do dyspozycji będziemy mieli całe mieszkanie (z tym, że jeden pokój będzie zamknięty na klucz), na V piętrze, z windą, w standardzie bardzo wysokim :).
Nie chcę zapeszać, ale ciężko mi się powstrzymać, bo jaram się jak ognisko w lesie.



Z tej okazji wpadłam na pomysł, żeby powysyłać możliwie jak najwięcej pocztówek z Gdyni. To świetny zwyczaj, który - mam wrażenie - niestety coraz bardziej zanika. Jestem przekonana, że ucieszylibyście się, gdybym wysłała każdemu z was kartkę z jakimś ładnym widoczkiem :). Zatem jeśli macie chęć, ślijcie swoje adresy do mnie na adres czyn.wiosne@gmail.com. Możemy wymienić się adresami i wysyłać sobie pocztówki nawzajem. Nie musicie się obawiać, że rozpowszechnię wasze dane. Mam na celu jedynie sprawić i wam, i sobie przyjemność, wysyłając wam trochę wiosny (a właściwie to już bardziej lata ;-)). Kto chętny - niech pisze. Tylko mnie nie zasypcie - bo muszę potem jakoś wrócić do domu ;).



Nieziemsko się cieszę, że jesteśmy już coraz bliżej wyjazdu. Jeszcze tylko sesja i...

będę żyć!

środa, 12 czerwca 2013

Seks, blog & rock'n'roll

Muzyka to nieodłączna część mnie. W zasadzie odkąd pamiętam. Na początku było "mydełko fa, siabadabada" i "ulalala, ajlowjubejbe", potem pojechałam z mamą na ruski rynek gdzie wymusiłam na niej kupno kasety Natalii Kukulskiej. W drodze powrotnej do domu słuchałyśmy jej w samochodzie i już wtedy śpiewałam każdą piosenkę po kolei, zupełnie, jakbym miała przed sobą jej tekst - mimo, że większość z nich słyszałam pierwszy raz w życiu. Ale w polskich piosenkach nietrudno odgadnąć, jaki będzie następny wers, bo są do przewidzenia tak samo jak to, że raczej nikt już nie weźmie udziału w moim konkursie (chwila ciszy okupiona smutkiem).

Myślę, że niewarto opisywać tutaj mojego romansu z Ich Troje, albo namiętnych chwil spędzonych z Piaskiem. Warto jednak powiedzieć, że mam zmysł odkrywcy i jeśli niebawem polubisz jakiś nowy zespół albo wykonawcę, to istnieje niemalże stuprocentowa szansa, że ja znałam ich już wcześniej. Świetnym przykładem tego jest np. zespół Metronomy. Ja znałam ich już za czasów "Radio Ladio", czyli kilka lat, zanim wyszła ich najnowsza płyta z singlem "The bay". Moi znajomi teraz już też zachwycają się tym i bardzo mnie to cieszy. To wszystko brzmi strasznie hipstersko, ale nie mam zamiaru się tego wypierać.
Odkąd przyszła moda na hipsterów, przynajmniej mam łatwiejszy dostęp do tego typu muzyki. Nie za bardzo też wiem, co takiego złego jest w hipsterach, średnio mnie to zajmuje. Czasem wręcz podoba mi się sposób, w jaki się ubierają, dodatki, cała ta pochwała dla młodości, niezależności i plażowy styl życia :-). Przecież to jest pozytywne i przynajmniej ja nie słyszałam, żeby komuś zaszkodziło.

W każdym razie, wracając do tematu muzyki - uwielbiam węszyć w poszukiwaniu takiej, która umila i ubarwia życie. Cieszę się, że oboje z M czujemy te klimaty i możemy sobie razem słuchać tych samych kawałków w różnych - mniej lub bardziej wzniosłych chwilach.


Uwielbiam słuchać dream popu leżąc plackiem na piasku, patrząc na ludzi taplających się w wodzie. Uwielbiam leniwe popołudnia, szwendanie się po mieście, kiedy albo mam słuchawki na uszach, albo wystarczy, że męczy mnie jakaś piosenka i sobie ją podśpiewuję, albo słyszę z tyłu głowy. Uwielbiam jeździć z M samochodem, gdy wiatr targa mi włosy a w tle leci np. coś takiego:






Lubię mieć świadomość, że to co robię na co dzień można by było nakręcić (choć przy obecnych warunkach atmosferycznych trzeba by było nałożyć na to jakiś ładny filtr) i wówczas powstałby teledysk do jednej z tych piosenek, których słucham. Choć nie robię tego specjalnie i nie myślcie przypadkiem, że mam nierówno pod sufitem - ja po prostu uważam, że te wszystkie nuty i klipy inspirują, żeby spełniać marzenie o kolorowym życiu. Np. ten...



Pewnie uznacie, że trochę idealizuję swoją muzykę. Może trochę tak jest. Ale stwierdziłam, że pasuje tutaj o tym napisać. Mój blog to przecież ja, a nie ma mnie bez muzyki. To moje małe uzależnienie, takie które nie grozi rakiem ani chorobą serca, ani bynajmniej nie powoduje "ciężkiej i powolnej śmierci". Myślę, że często gęsto będę tutaj przemycać piosenki, które odkryłam. Bo mało co cieszy mnie tak bardzo, jak fakt, że zaraziłam kogoś jakimś fajnym kawałkiem.


A wy? Jak ważna jest dla was muzyka? Czego słuchacie? Napiszcie też, czy odpowiadają wam takie klimaty muzyczne :)