wtorek, 10 czerwca 2014

Aborcja to brzydkie słowo...

...jak na określenie czynności, która przywraca dawny stan rzeczy i pozwala ci żyć tak, jak tego pragniesz.
 

Co jakiś czas w internecie toczą się dyskusje z jakby nieco większym zażarciem na temat aborcji. Zazwyczaj dlatego, że media nagłośniły jakąś aferę nagle nastaje sezon na rozważanie tego problemu. Każda z tych dyskusji prowadzi do sporów o to, od kiedy kończy się płód, a zaczyna ludzkie życie.

Tak też było tym razem pod postem u Kominka. Jest jednym z blogerów, u których czasem udzielam się w komentarzach. Chyba nigdy nie nauczę się, żeby nie podejmować tzw. walki na argumenty z obcymi ludźmi, dlatego, jakbym zupełnie zapomniała czym to grozi skomentowałam jego wpis dotyczący aborcji:


Dla mnie też bycie matką oznaczałoby tragedię życiową. I dlatego jestem za antykoncepcją, a gdyby ta nie zadziałała, to również za aborcją - choćby dlatego, że mam taki kaprys.

Bo tak uważam. Czasem jednak ponosi mnie i łamię swoją zasadę – to, że tak uważam jeszcze nie oznacza, że muszę to zdanie wygłaszać. A jednak, jak przystało na emocjonalnie podchodzącego do tego tematu człowieka, najpierw mówię, a potem myślę.

Nietrudno było przewidzieć, że mój komentarz zdobędzie zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Doszło nawet do tego, że ktoś nazwał mnie „pierwszą lepszą pi…ęknością, która wali durnoty”. Przeszło mi przez myśl, żeby rozwinąć swoją wypowiedź, ale nie zadaję się z osobami, którym z taką łatwością przychodzi obrażanie innych. Tym bardziej nie będę tego robić na cudzym gruncie, gdzie panuje zasada, że nie można obrażać blogera, natomiast co do innych komentatorów najwidoczniej nie ma takich wymogów.

A temat jest bardzo ciekawy. Więc wyprodukuję coś więcej, ale u siebie.

Nie obchodzi mnie, w którym momencie zaczyna się człowiek. Nad tym można by się rozwodzić w nieskończoność. I nawet, gdyby ktoś w końcu ustalił tę jedną rzecz, to i tak nic nie zmienia, ponieważ dla mnie osobiście moje życie jest ważniejsze od życia, które dopiero co powstało. O wiele bardziej zależy mi na moim szczęściu, niż na tym, żeby moje dziecko się urodziło.

Oczywiście jeśli mam możliwość zabezpieczenia się przed ciążą, to to robię. Nie chciałabym przecież co miesiąc zażywać tabletki „po” ani usuwać ciąży dlatego, że wpadłam. Za drogo by mnie to wyszło.

Śmieszy mnie, gdy ktoś porównuje życie nienarodzonej jeszcze istoty do życia tych, którzy chodzą po ziemi. Naprawdę nie widzicie tej subtelnej różnicy? Uważam, że o wiele większą krzywdą byłoby donoszenie ciąży, a potem oddanie dziecka w czyjeś ręce.

Dlaczego napisałam „nawet dlatego, że mam taki kaprys”? Bo równie mocno śmieszy mnie bawienie się w wyznaczanie komuś kryteriów do usunięcia ciąży. Kiedy płód jest uszkodzony to już ok, ale jeśli wykryjesz to za późno, to już nie. Gdy powstała na skutek gwałtu – ok, ale jeśli jesteś nastolatką i poszłaś do łóżka z kolegą, który w zamian obiecywał ci, że nigdy od ciebie nie odejdzie, to już nie. Nieważne, że też zostałaś wykorzystana. Najważniejsze, że masz ponosić konsekwencje swoich czynów. Jeśli byłaś gotowa, żeby współżyć, to powinnaś liczyć się z tym, że zostaniesz matką.
Dochodzi do tego, że obcy ludzie mówią ci, jak masz żyć. Oni wymierzają ci karę za to, że popełniasz błędy. To jest parodia.

Ja przed pójściem z moim partnerem do łóżka nie podpisuję cyrografu, że w razie czego doniosę. Nie lubię dzieci, nie uważam, bym była osobą na tyle odpowiedzialną, żeby je wychowywać. Możesz sobie mówić, że „każdy przyszły rodzic się tego obawia”, że tu działa instynkt i kiedy już urodzę, to matczyne odruchy przyjdą mi naturalnie. I być może właśnie tak by było, tylko jest jeden problem – nie chcę tego. Nie chcę, żeby to, jak wygląda moje życie było dziełem przypadku, a nawet jeśli ma być nieprzewidywalne, to w sferach, w których ja będę w stanie to zaakceptować. Niestety w swoich planach życiowych nie przewiduję miejsca na macierzyństwo.

Jeśli uważasz, że masz w tej kwestii jakiekolwiek decydujące zdanie, to chyba jesteś śmieszny. Co prawda, jak na razie krzyk kobiet, które chcą same dokonywać wyboru i nie łamać przy tym prawa jest takim „niemym krzykiem”. Ale prawo prawem – ono się zmienia. Moralność moralnością, ale ona też się zmienia w zależności od tego, w jak głębokiej dupie jesteś – jeśli nie chcesz dziecka „bo nie” to aborcja nie wchodzi w grę, ale jeśli zgwałci cię taksówkarz, to może zmienisz zdanie. Ty decydujesz, dlatego, że – nikt inny – tylko ty żyjesz swoim życiem. Na szczęście twoja mama była tak łaskawa.

Przy okazji zachęcam do przeczytania poprzedniego wpisu. Jest o tym, że czasem nie masz wyjścia i musisz być tylko człowiekiem.

niedziela, 8 czerwca 2014

Wcale nie o wolności, wcale nie o zdradzie


„To stan, w którym żyjesz tak, jak ci się podoba – nie krzywdząc przy tym innych”. Taka jest powszechna definicja wolności. Moja definicja brzmi dokładnie tak samo, tylko bez tej głupawej końcówki.

Wolność to brak ograniczeń. Jeśli chcesz być wolny, niejednokrotnie jesteś zmuszony do ranienia innych. Żyjąc w zgodzie ze sobą nie raz zawodzisz innych – choćby np. w sytuacji, gdy chcesz iść na archeologię, podczas gdy rodzice zawsze widzieli cię w kitlu, przy stole operacyjnym. Chcąc być wolnym człowiekiem bardzo często musisz być egoistą. Sprawiać przykrość bliskim, zostawiać ich po drodze i nie oglądać się za siebie. Wolność jest trudna.

I dlatego w związku nie ma wolności. Nie możesz być wolnym człowiekiem i jednocześnie wiedzieć, że nie możesz zrobić czegoś, co chciałbyś. Wolność w związku istnieje albo tylko na początku, albo bardzo rzadko – bo jesteś na 100% zakochany i dlatego nie masz wrażenia, że coś ciekawego właśnie cię omija. Nie odczuwasz potrzeby próbowania nowych rzeczy bez udziału twojego partnera, bo udało ci się znaleźć osobę, z którą chcesz i możesz robić wszystko.
Schody zaczynają się w momencie, kiedy w praniu okazuje się, że albo między wami coś się zmieniło, albo ty się zmieniłeś i odtąd zaczynasz patrzeć w innym kierunku niż osoba, z którą jesteś.

Prędzej czy później zaczynają się myśli o rozstaniu. Następnie, jak na złość pojawia się ktoś trzeci – osoba, o której wiesz, że nic wielkiego między wami nie będzie, ale to właśnie ona uświadamia ci jedną ważną, ale to zajebiście ważną rzecz - że to co masz niekoniecznie jest tym, czego potrzebujesz, a już na pewno rozmija się z tym, czego pragniesz.

Zaczynasz tęsknić za wolnością. Przepadłeś.

W końcu albo zdradzisz, albo odejdziesz. Dokonasz wyboru. Na nowo staniesz się wolnym człowiekiem. I bez względu na to, którą z tych dwóch opcji wybierzesz – i tak zranisz tę drugą osobę.

Dlaczego właściwie o tym piszę? I co chcę przekazać?

Wbrew pozorom nie będzie to tekst o wolności. Nie będzie też o zdradzie, ani o dokonywaniu wyborów. Ten długi wstęp napisałam dlatego, żeby wykazać, że wszystkie te rozterki odgrywają się w twojej głowie. To ty najpierw się męczysz, później głowisz się nad najlepszym rozwiązaniem, aż na końcu podejmujesz decyzję. A na domiar złego, kiedy wydawałoby się, że jest już po wszystkim – zaczynasz ponosić konsekwencje. W dodatku wymierzają je zupełnie obce osoby. One mają to do siebie, że wkraczają dopiero, gdy powoli wszystko zaczyna się układać, bo niby dlaczego miałyby sobie zaprzątać głowę tą sytuacją wtedy, kiedy była bardziej skomplikowana?

Zdrada albo rozstanie jest czymś złym – zawsze przynajmniej dla jednej ze stron. Ale pokuszę się o stwierdzenie, że często jest to zło konieczne. Nigdy nie poznasz siebie, jeśli nie zdradzisz. Nigdy nie odkryjesz tego, co cię czeka, jeśli się nie uwolnisz. Jeśli chcesz poznać smak życia, musisz czasem zrobić coś złego. Czasem też musisz zrobić coś złego, żeby powstrzymać się przed zrobieniem czegoś gorszego. Jeśli robisz coś złego, to po prostu oznacza, że masz odwagę czerpać z życia.

Jestem zdania, że najtrudniej jest być oprawcą. Łatwiej jest być ofiarą, ale najłatwiej jest być obserwatorem – zwłaszcza takim, który staje przed faktem dokonanym. Nie ma już wpływu na rozwój wydarzeń i może jedynie wyrazić dezaprobatę wobec oprawcy i wielkie współczucie dla ofiary.
Zawsze powstrzymuję się od oceniania takich przypadków. Jestem ostrożna w wydawaniu opinii na temat cudzego życia. Bez wahania robią to tylko osoby, które nic nie przeżyły i naiwnie wierzą, że świat jest czarno-biały. Jeśli kiedykolwiek zmagałeś się sam ze sobą, łatwiej ci wczuć się w rolę oprawcy i czasem nawet masz ochotę stanąć po jego stronie.

Polecam wam lekturę jednego z wpisów Kominka, którego przesłanie brzmi: „na samym końcu wydarzeń zostajesz sam”. Ja poszłabym dalej – uważam, że jesteś sam już w trakcie tych wydarzeń, a nawet jeszcze na długo przed nimi. Dlatego jako obserwator nie mam prawa oceniać twoich wyborów. Nie będę mieć cię za kogoś złego tylko dlatego, że kogoś zdradziłeś. Wina zawsze leży gdzieś po środku, a czasem wręcz po stronie osoby zdradzanej. Wszystko zależy od tego, jak na to spojrzysz.

Dlaczego zdrajcą jest Zbigniew Zamachowski, a Justyna Kowalczyk otrzymuje wsparcie od internautów? I jedno, i drugie wzięło udział w zdradzie. Przynajmniej według tabloidów. Jasne, możesz teraz stanąć w obronie Justyny i powiedzieć, że to news z dupy wyciągnięty przez redaktorów Faktu i nie ma na to żadnych dowodów. Ale to tylko potwierdzi słuszność tego, o czym tutaj piszę. Po pierwsze dlatego, że stajesz w obronie osoby, która ma po prostu lepsze PR. Po drugie dlatego, że wszystko, co wiesz na temat poprzedniego małżeństwa Zamachowskiego wiesz z tych samych źródeł, ewentualnie od jego nowej żony, która nieustannie kłapie gębą. Po trzecie dlatego, że wiesz na jego temat tyle samo, co na temat związków wśród twoich znajomych – wiesz zawsze tyle, ile ktoś chciał, żebyś wiedział. A po czwarte, dlaczego w ogóle powstają obozy zwolenników i przeciwników w odniesieniu do CUDZYCH związków? Co właściwie by się stało, gdyby domniemany romans Justyny K. z żonatym dziennikarzem okazał się prawdą? Czy to nie jest sprawa tej ścisłej trójki?

Argumentem osób, które wypowiadają się na temat afer w szołbiznesie jest fakt, że „nie każdy opowiada prasie o prywatnym życiu, więc niech ci, którzy to robią liczą się z negatywnym odbiorem”. Ale wtedy, kiedy ktoś udziela wywiadu o swojej depresji, te same osoby nie mają mu za złe, że zwierza się publicznie ze swoich problemów. Tak, czy inaczej, w dalszym ciągu nie ma odpowiedzi na pytanie, co takiego skłania ludzi do hejtu. Bo przecież można mieć swoje zdanie, ale nigdzie nie ma nakazu wyrażania go.
Czytam Pudelka i oprócz tego, że dzielę przez 100 wszystko, co jest tam publikowane – nie mam najmniejszej potrzeby naśmiewania się z Natalii Siwiec, czy z Kim Kardashian. Uważam, że za wypisywanie paskudnych komentarzy pod adresem tych osób odpowiada jakiś zupełnie inny gen niż ten, który powoduje, że wyrabiamy sobie na ich temat zdanie.

Być może Donald Tusk rzeczywiście jest zdrajcą, jak twierdzi pół narodu na czele z Marysią Sokołowską, ale nie muszę o tym trąbić na prawo i lewo zwłaszcza, że nie ma mnie przy nim w momencie, gdy podejmuje decyzje dotyczące Polski. Wojciech Jaruzelski niewątpliwie był zbrodniarzem, ale nie mam potrzeby kopać go tak, żeby przewracał się w grobie, tym bardziej, że nigdy, ale to nigdy nie chciałabym znaleźć się na jego miejscu i musieć stawać przed takimi trudnymi wyborami, jak on. Trochę łatwiej mają ludzie, którzy na skutek wyborów tych dwóch panów nie mają co do garnka włożyć, albo straciły członka rodziny – tylko „trochę łatwiej”, bo nie mają nikogo na sumieniu i w dodatku naród jednoczy się z nimi w bólu. Najłatwiej mają zaś ci, którzy ani nikogo nie stracili, ani nie żyją w skrajnym ubóstwie, natomiast mają możliwość zionąć ogniem na każdego, kto w ich opinii zrobił coś złego i bez cienia wątpliwości z niej korzystają.

Jaki z tego morał?
Jeśli jesteś oprawcą, to masz przerąbane. Nie zazdroszczę i łączę wyrazy współczucia.
Jeśli jesteś ofiarą, to masz przerąbane. Nie zazdroszczę.
Jeśli zaś jesteś tylko częścią widowni, która lubi rzucać pomidorami, to masz przerąbane. Nie zazdroszczę i łączę wyrazy współczucia, bo przed tobą dużo do nadrobienia. Weź pod rozwagę to, co napisałam i czasem po prostu bądź łaskaw nie wymierzać sprawiedliwości.

piątek, 6 czerwca 2014

Poradnik dla pieszych – jak chodzić, żeby wkurzyć rowerzystów?



1. Jakkolwiek, byle nie prosto. Zmieniaj kierunek zupełnie nieoczekiwanie, stawaj nagle z niewiadomych przyczyn albo zgub po drodze klapka (been there, seen that), przy okazji narażając się na potrącenie.

2. Kompletnie nie przejmuj się tym, że droga, po której idziesz jest przeznaczona także dla rowerzystów. Kiedy widzisz nadjeżdżający rower, najlepiej wyjdź mu naprzeciw. Utrudnij sukinsynowi jazdę, niech się orientuje. Patrz mu prosto w oczy z satysfakcją, a jeśli ktoś z twoich towarzyszy powie ci „uważaj, bo rower” odpowiedz z zadowoleniem „niech on na mnie uważa!”.

3. Wchodź sobie na ścieżkę dla rowerów, kiedy tylko masz na to ochotę. Udawaj, że nie widzisz tego wielkiego znaku na jezdni, a gdy słyszysz dzwonek ostrzegający cię przed tym, że nadjeżdża rowerzysta, kompletnie go zignoruj. Dlaczego niby ktoś ma sobie jeździć, podczas gdy ty musisz spacerować?!

4. Nie pilnuj swoich dzieci. Niech biegają ile wlezie i gdzie popadnie. Każ im zejść na pobocze tylko wtedy, kiedy zbliża się dorożka albo samochód, natomiast rowerzystom wręcz podkładaj je pod koła, żeby potem móc mieć do nich pretensje, że zmasakrowali ci dziecko. No chyba, że masz go dosyć i po prostu uznałeś, że lepiej pozbyć się go z pomocą rowerzysty, niż śliskiego kocyka. Łatwiej ci uwierzą, że to był wypadek.

5. Usuwaj się nadjeżdżającemu rowerzyście dając mu jasny sygnał, że nie musi zwalniać po to, by w ostatniej chwili wejść mu pod koła. To najlepszy sposób na wkurzenie rowerzysty. Co prawda trochę na tym tracisz, bo w najlepszym wypadku ubrudzi ci spodenki, ale czego się nie robi, żeby dokuczyć innym? Bycie mendą wymaga poświęceń...

Tak, wszystkie powyższe sposoby sprawdzono na mojej skórze. Daję wam gwarancję sukcesu. 

środa, 4 czerwca 2014

Sos na bazie czerwonego curry i mleka kokosowego


2-3 łyżek czerwonej pasty curry
1 puszka mleka kokosowego
3 cebule szalotki
½ puszki pomidorów
3 ząbki czosnku
1 łyżka soli
szczypta świeżej bazylii

Z tego powstało smakowe dzieło. Nie mogę tego znieść, że nie mogę tego jeść. Bez przerwy. Jeśli chcesz nadać swojej potrawie dalekowschodniego klimatu, to coś dla ciebie. W sieci widziałam bardzo dużo przepisów, gdzie trzeba było użyć do tego wszystkiego trawy cytrynowej, sosu sojowego, liści limonki kafir, jakichś orzechów, sosu rybnego, imbiru i innych dziwactw, tymczasem ten wspaniały smak można uzyskać ograniczając się do minimum. Oczywiście, że po użyciu wymienionych wyżej składników sos zapewne smakowałby jeszcze ciekawiej, ale jeśli nie masz dostępu do tych artykułów, to nic nie tracisz. Zapewniam, że zakochasz się w tej mieszance.


Na początek szalotka. Pokrój ją w pióra i podsmaż na niewielkiej ilości oleju (ja użyłam kokosowego – używam go do smażenia każdej potrawy). Dodaj wyciśnięty czosnek, podsmaż chwilę, po czym nałóż czerwoną pastę curry. Im więcej, tym bardziej ostry będzie sos (takie optimum to 2 łyżki, ale po dodaniu pozostałych składników i wymieszaniu ich polecam spróbować odrobiny sosu i ocenić, czy nie trzeba dodać jeszcze trochę pasty). Intensywnie mieszać, a po chwili wlać mleczko kokosowe ciągle mieszając, żeby sos nabrał jednolitej barwy. Posolić i dorzucić pomidory z puszki. Mieszać i gotować przez 15 minut. Można dosypać troszkę bazylii, ale nie jest to konieczne.

Sos idealnie nadaje się zarówno jako polewa do mięsa, ryżu jak i do puree ziemniaczanego. Jest wyśmienity w połączeniu ze wszystkim.

A może miękkie piersi z kurczaka w sezamie (takie jak na pierwszym zdjęciu)?

Do 3 kopiastych łyżeczek miodu dodaj dwie łyżeczki octu, dodaj zmiażdżony czosnek (2 duże ząbki) i wymieszaj wszystko razem. Pokrojone kawałki piersi z kurczaka zanurz w mieszance miodowej, po czym obtocz je w sezamie wysypanym na miskę. Kładź je od razu na folii aluminiowej. Wstaw do piekarnika jeszcze zanim się nagrzeje (170st.C), niech łapią temperaturę. Po ok. 15 minutach przewróć je na drugą stronę. Niech pieką się nie dłużej niż 30min. od momentu włożenia ich do piekarnika. Smacznego!

niedziela, 1 czerwca 2014

„Te puste materialistki...”

Czyli kopnij w tyłek faceta, który tak mówi.


Jesteś materialistką.

Obraża cię powyższe zdanie? Jeśli nie, to dobrze. Jeśli tak, to wiedz, że nie powinno. W byciu materialistką nie ma nic złego. Dokładnie tak samo, jak w byciu facetem, który leci na atrakcyjne kobiety.

Nie od dziś wiadomo, że poza pewnymi opcjonalnymi, zależącymi od naszych własnych preferencji cechami charakteru i wyglądu zarówno kobiety w mężczyznach jak i mężczyźni w kobietach szukają zawsze tych samych cech.
Mężczyźni lubią piękne kobiety. Zadbane, wypachnione, eleganckie. Po prostu kobiece – aczkolwiek kobieca według niektórych jest delikatna i powabna kruszyna, a inni przez kobiecość rozumieją zadziorne, wyraziste kobiety z pazurem. Jednak jest to dla mężczyzny rzecz drugorzędna. Taka, która zaczyna mieć znaczenie dopiero, gdy kobieta wpadnie mu w oko. A wpada w oko zazwyczaj dlatego, że w jego opinii jest ładna.

Kobiety paradoksalnie często wolą „ciekawie brzydkich mężczyzn” zamiast tych pięknych, wyczesanych modeli. Jasne – nikt nie lubi skrajności, ale jesteśmy zdecydowanie bardziej skłonne przymknąć oko na pewne odchyły, jeśli facet coś sobą reprezentuje. Preferujemy tych, którzy imponują nam swoją męskością, zaradnością i inteligencją. Nawet ósmy cud natury wyglądający jak Jude Law nie ma szans długo przy nas zabawić, jeśli nie jest intrygujący.
Jedną z najważniejszych rzeczy, jakiej kobiety poszukują w mężczyznach jest poczucie bezpieczeństwa. A to niewątpliwie potrafią zapewnić mężczyźni odważni i… dobrze zarabiający.

Tak samo jak dla faceta wygląd, tak dla kobiety pieniądze mogą być dużym afrodyzjakiem.

Jestem materialistką.
Nie kryję się z tym. Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, to bogato. Pieniądze mnie kręcą. Nie tylko w tym sensie, że zapewniają dobrobyt, ale także dlatego, że facet, który je posiada automatycznie nie może być życiowym nieudacznikiem. Pieniądze są synonimem przedsiębiorczości, kreatywności, inicjatywy i odwagi. Żaden słabeusz nie odważy się zaryzykować, a jak wiadomo pieniądze niejednokrotnie zarabia się poprzez podjęcie ryzyka. Żeby je podjąć, trzeba umieć wykazać inicjatywę. A przedsiębiorczość i kreatywność pomagają je zminimalizować. Jednym słowem bogaty facet = sprytny facet. Czy to nie jest seksowne?

Z miejsca skreślam biedaków, którzy słowa „materialistka” używają w sensie pejoratywnym, by wyrazić swoją dezaprobatę wobec kobiet. Facetów, którzy żałują swoim kobietom przysłowiowego kwiatka na Dzień Kobiet. Nie mają gestu, pieniędzy zazwyczaj też niewiele i jedyne co się ich trzyma, to wąż w kieszeni. Życie u boku takiego sknery grozi depresją. Żadnych wymarzonych wakacji, ba! żadnych wspólnych wyjść, a jak restauracja to co najwyżej w domu, w niedzielę, kiedy można zjeść jakieś mięso.

Kiedy kupuję sobie nową parę butów dla pozornej poprawy nastroju to nie mam ochoty wysłuchiwać, że trwonię pieniądze – bo to mi ten humor jeszcze bardziej zepsuje.

Jako kobieta natomiast dołożę wszelkich starań, by zadowolić swojego mężczyznę. Nie mam nic przeciwko, by zabrał mnie ze sobą na ważne spotkanie po to tylko, żeby się mną pochwalić, albo jako dodatek do garnituru szytego na miarę. Nie mam ambicji, by go przyćmiewać swoją inteligencją. Za to z chęcią będę się do niego uśmiechać i go wspierać. Nic nie jest tak bardzo budujące dla mężczyzny jak fakt, że jego kobieta stoi za nim murem i jest przy nim. Żadne tam pouczanie, tłumaczenie co robi źle. Mężczyźni muszą być chwaleni i podziwiani przez swoje kobiety – to ich nakręca do działania.

To działa jak samonapędzająca się machina.

Jeśli nie wiesz, o czym mówię spróbuj nakłonić swojego faceta – do czegokolwiek. Np. do tego, by kupił sobie koszulę. Są dwie drogi i tylko jedna z nich działa.

„Mógłbyś sobie w końcu kupić coś porządnego, a nie tylko przez cały czas chodzisz w tych swoich łobuzerskich t-shirtach. Popatrz na tego gościa, jak fajnie się prezentuje, a ty wiecznie jak jakiś łachmaniarz. Nigdy nie możesz ubrać czegoś, żeby mi się spodobać?!”

vs.

„Wyobrażam sobie ciebie w koszuli. Wyglądałbyś w niej tak męsko i dostojnie. Nie mówię, że masz całkiem zmienić styl, ale chciałabym raz na jakiś czas móc zobaczyć cię w takiej eleganckiej odsłonie. Fajnie by było móc ci ją rozpinać.”

Założę się, że pierwszą gadką nigdy, ale to nigdy nie przekonasz go do jakiejkolwiek pozytywnej zmiany. Druga też może nie zadziałać, ale chyba tylko w przypadku bardzo upartego gościa, któremu noszenie koszuli kojarzy się z lalusiami. Tak czy inaczej, w przypadku innych kwestii o wiele łatwiej się z nim dogadasz, jeśli będziesz go adorować, zamiast szykanować. To w połączeniu z twoim urokiem osobistym powinno zdziałać cuda. Jeśli twój mężczyzna wie, że w niego wierzysz, to go uskrzydla i siłą rzeczy dzięki temu tobie jest lepiej.

Podsumowując, jeśli uważasz, że masz coś do zaoferowania mężczyźnie, to tak samo możesz wymagać czegoś od niego. Pieniądze są symbolem męskości.

Zdarza mi się słyszeć tzw. życzliwe głosy ludzi, którzy martwią się o mój byt: „co ci z tych pieniędzy, jeśli facet nie będzie cię szanował a, kiedy twoja uroda przeminie zostawi cię dla młodszej i ładniejszej i zostaniesz na lodzie?”. Ale nie boję się tego, bo wiem, że dużo w tej kwestii zależy ode mnie. To, że nie afiszuję się ze swoją inteligencją, nie oznacza, że jej nie mam. I kiedy trzeba będzie – mogę ją ujawnić. Mogę być przebiegła i już teraz zabezpieczać się na wszelki wypadek. Albo równie dobrze to ja mogę być tą zdradliwą kreaturą. Mogę też nie wierzyć w bajki, że będziemy żyli długo i szczęśliwie; wiedzieć, że miłość nie trwa wiecznie – i zawrzeć układ ze swoim facetem. Tak naprawdę może zdarzyć się wszystko. Każdemu. Zdecydowanie częściej występującym przypadkiem są kobiety, których mężowie to nędzarze, którzy w dodatku nazywają je swoimi starymi, śliniąc się na widok nastolatek.

Wolę być niekochana i mieć pieniądze, niż być niekochana, gruba, stara i zakompleksiona, i jeszcze w dodatku nie móc kupić sobie ładnych butów na pocieszenie.

niedziela, 25 maja 2014

Edyta Górniak i jej „tani” teledysk


 Czego by nie mówić o Edycie Górniak, nie można odmówić jej niebywałego talentu.


Jakiś czas temu obejrzałam wywiad Edyty Górniak w programie 20m2 Łukasza. Wywiad ten był bardzo osobisty, intymny wręcz. Można po nim wywnioskować, że Edyta jest osobą bardzo tkliwą, rozkoszującą się w cudzym uwielbieniu dla jej osoby i trochę… niedowartościowaną. Swój brak odwagi, by wejść na szczyt tłumaczy faktem, że tego nie potrzebuje, jednak gołym okiem widać, że gdyby odniosła międzynarodowy sukces, lśniłaby jak nigdy dotąd i to jest jej przeznaczenie. A kiedy człowiek mija się ze swoim celem bo brak mu śmiałości, by do niego ruszyć, nigdy nie poczuje smaku spełnienia.

Dziś obejrzałam jej nowy teledysk do piosenki Your High. Wyczuwam falę krytyki, bo już teraz mówi się, że jest niskobudżetowy i słaby.

Jako, że cała Polska czeka tak długo na jej nowy album, nie ma innej możliwości, niż żeby zjechała go z góry na dół. Im dłużej na coś czekasz, tym większe są twoje oczekiwania. Zwłaszcza, jeśli dotyczą osoby tak bardzo uzdolnionej.

Najłatwiej jest nam mieć wymagania wobec kogoś, kto reprezentował nasz kraj podczas Eurowizji, kogoś, kto jest wybitny. Kiedy jego dzieło jest choćby dobre, wolimy milczeć, ewentualnie doszukujemy się w nim mankamentów. Najtrudniej jest nam tego kogoś pochwalić.

Zanim dołączysz do krytyków, pomyśl – czy nie byłoby lepiej, gdybyś czasem przemilczał to, co masz do powiedzenia? Dlaczego zamiast brać tej kobiety pod ostrzał, nie możesz po prostu pogratulować jej, że wreszcie zrobiła krok do przodu?

Przypomnij sobie, jak się czułeś za czasów szkolnych, kiedy siedziałeś po lekcjach nad zadaniami z matmy bo ryłeś do trzeciej z rzędu poprawki. A teraz zamknij oczy i odśwież sobie w pamięci twarz tego nauczyciela, który i tak – mimo twoich starań i wysiłku – bez mrugnięcia okiem wpisał ci pałę.

Artyści są nadwrażliwi. A odbiorcy są nieczuli, jak nauczyciele matematyki. Interesuje ich zawsze tylko wynik końcowy.

P.S. Mnie się ta piosenka podoba, a wam?

piątek, 23 maja 2014

Ciężarówki


I

Jestem w sklepie i robię zakupy na obiad. Przemieszczam się spokojnie między regałami, gdy nagle o mały włos nie wjeżdża we mnie wózkiem pewna kobieta. Woła coś do osoby znajdującej się na drugim końcu sklepu i panoszy się, jakby była u siebie. Za nic ma mijających ją ludzi, udaje, że ich nie widzi. Potrącenia przez nią uniknęłam tylko dlatego, że w ostatniej chwili prawie przewróciłam cały regał z przetworami.
– Mogłaby pani uważać, jak chodzi? – krzyknęłam za nią poirytowana. Ale ona nawet nie raczyła się odwrócić.

II

Wychodzę z centrum handlowego. Mam na nogach sandały na koturnie, więc zachowuję szczególną ostrożność, żeby w nikogo nie wejść, ani o nic się nie potknąć. Już prawie przekraczam ruchome drzwi, gdy nagle pod nogi wchodzi mi pewna kobieta. Postanowiła ot tak zmienić tor swojego spaceru i nawet nie była uprzejma poczekać, aż przejdę. Ledwo udało mi się na nią nie wpaść, a potem żałowałam, że na nią nie wpadłam. Może wówczas zwróciłaby na mnie uwagę…

III

Napotykam na swej drodze gromadkę dzieci. Są głośne, piszczą, drą się, chichrają i przewracają. Ich matka jest przy tym i zamiast je uspokoić, jeszcze bardziej się z nimi drażni i je zabawia, dzięki czemu są jeszcze bardziej energiczne i jeszcze bardziej wkurzające. Wszyscy wokół mają niezadowolone miny, ale nikt nie ośmieli się zwrócić jej uwagi. Ona zaś obserwuje reakcje ludzi i z dziką satysfakcją nadal prowokuje swoją dzieciarnię do zabawy. Istny plac zabaw, szkoda tylko, że rzecz działa się w przymierzalni. Tak się składało, że mierzyłam staniki. Nagle przez zasłonę zagląda do mnie dziecko. Całe szczęście, że akurat w tej sekundzie nie byłam roznegliżowana.

Ok, ale co w związku z tym?

Wszystkie powyższe przypadki coś łączy. Oprócz tego, że tylko te trzy miały miejsce nie dawniej niż tydzień temu, w każdej z przytoczonych przeze mnie sytuacji chodzi o kobietę. Ale nie taką zwykłą. Chodzi o kobietę w tzw. „stanie błogosławionym”.
Już samo to określenie mnie mierzi. Bo w żadnym wypadku nie czuję się zobowiązana do otaczania opieką obcych kobiet w ciąży. A już tym bardziej, że większość spotykanych przeze mnie ciężarnych kobiet to po prostu zadufane paniusie.
Rozumiem, ciąża to okres, w którym kobiety mają zmienne nastroje i niestworzone zachcianki. Mam jednak wrażenie, że im się wszystkim w dupach poprzewracało. Niech sobie stroją fochy na cały świat i będą aroganckie – w stosunku do swoich najbliższych – o ile ci nie mają nic przeciwko. Spoko, tylko co MNIE obchodzi fakt, że mają ochotę się na kimś powyżywać? Że ich życie jest ciężkie jeszcze bardziej od ich brzuchów? Kazał im ktoś w tą ciążę zachodzić? Czy panuje jakikolwiek przymus rodzenia dzieci? To był ich wybór, dlatego jeśli oczekują ode mnie, że będę im dogadzać, to są w błędzie.

Tak więc żadnego ustępowania miejsca w tramwajach. Żadnego otwierania drzwi. Żadnego przepuszczania w kolejce do kasy. 

Tak, mamuśki. Najpierw jesteście wredne, a potem oczekujecie po ludziach, że bądą was odciążać. Same jesteście sobie winne. Gdyby nie ta wasza postawa roszczeniowa, żądanie specjalnego traktowania przez zupełnie obcych ludzi i pretensje do całego świata, byłybyście o wiele lepiej traktowane. Wasza ciąża nie jest dla mnie niczym niezwykłym – nie widzę nic nadzwyczajnego w tym, że małpy najchętniej się rozmnażają.

czwartek, 15 maja 2014

O pieniądzach


Czyli jak poradzić sobie z tym, że nie możesz czegoś mieć, czy dobrze jest sobie odmawiać i ogólnie, czym są dla mnie pieniądze.

Na co dzień obracam się wśród – nazwijmy to – „dzianych” ludzi. Nowe modele telefonów, dobre i drogie samochody, połyskujące tablety, luksusowe perfumy, piękne markowe ciuchy to dla mnie pewnego rodzaju chleb powszedni. Sama mogę tego nie mieć, ale codziennie widzę obecność tych przedmiotów w swoim otoczeniu. Gdybym od zawsze była otoczona kosztownymi rzeczami, prawdopodobnie już tak bardzo nie zwracałabym na nie uwagi. Jednak tak się złożyło, że jest kontrast pomiędzy tym, gdzie byłam i co miałam kiedyś, a tym, co jest dzisiaj.

Czasem ciężko wyzbyć się nawyków, które mają osoby z różnych przyczyn zmuszone do tego, by żyć skromnie (bo zarabiasz najniższą krajową, albo zarabiasz niemało ale masz rodzinę na utrzymaniu, albo dlatego, że jesteś studentem i wydajesz wszystko co masz na fajki i na czteropaki piwa). Wciąż jeszcze przyłapuję się na tym, że wybieram to, co tańsze – a niekoniecznie dobre jakościowo. Gdzieś z tyłu głowy mam opory przed wydawaniem pieniędzy na rzeczy, które nie są mi absolutnie niezbędne do przetrwania. A jednak uwielbiam dobrobyt i powoli przyzwyczajam się do wyższego poziomu życia, jednocześnie zastanawiając się co by było, gdyby nagle zmienił się ten stan rzeczy. Dążę do równowagi, czyli stanu, w którym nie będę się bała niedostatku pieniędzy, bo nie będzie to warunkiem mojego spełnienia. Ale jednocześnie dążę do tego, by mieć tyle pieniędzy, żeby móc być niezależną i nie musieć brać pod uwagę innej opcji.

Zauważyłam, że kiedy nie mam tzw. grosza przy duszy, to żyję w napięciu, jestem nerwowa, co często odbija się na moich bliskich. Nie cierpię tego. Z kolei do niedawna, od momentu kiedy nie narzekałam już na stan swojego portfela, czułam się bezpieczna, stałam się bardziej optymistyczna, twórcza i zadowolona z siebie, ale jednocześnie… miałam jakieś dziwne wyrzuty sumienia. To było do tego stopnia absurdalne, że czułam się źle z tym, że kupuję pigułki antykoncepcyjne za 30zł (które przecież wcale nie są jakimś symbolem luksusu), podczas gdy siedemdziesięcioletnia staruszka przy okienku obok pyta, czy nie ma jakiegoś tańszego zamiennika na jej lek, bo ten przypisany przez lekarza kosztuje całe 11zł… W dalszym ciągu uważam, że to cholernie niesprawiedliwe, ale winę za to ponosi chory system, ewentualnie ludzie, którzy w mniejszym lub większym stopniu zdając sobie sprawę jak ten system funkcjonuje nie zadbali o swoją starość, ale na pewno nie ja. Dlatego nie powinnam zadręczać się tą sytuacją. Albo pomagam, albo idę dalej, bo samo moje ubolewanie nad cudzym nieszczęściem zupełnie mija się z celem. Ponadto zrozumiałam, że zasługuję na to wszystko, co mam. W życiu przeszłam wiele, niejedna osoba na moim miejscu stoczyłaby się na samo dno. Ja dałam radę. Jestem silna, inteligentna, nigdy celowo nie wyrządziłam nikomu krzywdy, a nawet jeśli nieumyślnie zrobiłam coś złego, to nie mam zamiaru z tego powodu pluć sobie w twarz – wybaczyłam sobie. Wierzę w to, że jestem dobrym człowiekiem, a na pewno staram się. Jestem w stanie dostrzec błędy, które popełniam i naprawiać je. Jestem z siebie zadowolona. Dlaczego w takim razie miałabym nie czerpać z życia tego, co najlepsze?

Dlaczego właściwie powiedzenie „ciesz się z tego, co masz” ma rację bytu tylko w obliczu biedy i nieszczęść? Według mnie to obowiązuje także wówczas, kiedy masz dużo i żyjesz w przepychu. Moje mieszkanie nie jest co prawda urządzone w stylu barokowym, ale też nie jestem łachudrą. I cieszę się z tego, co mam. Doceniam to.

Uważam, że nie ma nic złego w wydawaniu pieniędzy na przyjemności. Uważam też, że pieniądze nie dają szczęścia, ale dają to nieocenione poczucie stabilności, a wiadomo, że kiedy jest stabilnie – zdecydowanie łatwiej jest nam budować szczęście.

Wciąż jeszcze nie mogę powiedzieć, że stać mnie na nowego iPhona, na stołowanie się w najlepszych knajpach i na wymarzone wczasy. Jak sobie radzę z tym nieznośnym uczuciem, że chcę, ale nie mogę czegoś mieć?

Zadaję sobie pytanie: czy to potrzeba, czy chęć posiadania? Różnica między jednym a drugim jest ogromna. Jeśli okazuje się, że potrzebuję nowego telefonu (bo np. stary się psuje, zawiesza przed ważnym kolokwium, na którym zamierzam wspomagać się wikipedią, wariuje, kiedy musisz do kogoś pilnie zadzwonić, albo nieoczekiwanie wyłącza – z tego miejsca pozdrowienia dla mojego eks telefonu ;*), to wówczas wpisuję go na listę zakupów i przy pierwszej możliwej okazji po prostu zaspokajam tę potrzebę. Natomiast, jeśli kupienie tego telefonu byłoby jedynie zaspokojeniem chwilowej żądzy (bo ma piękny design, bo jest modny, bo widzisz oczyma wyobraźni, jak cudownie wyglądałby w karminowym etui, albo śni ci się, że paznokciami pomalowanymi na czarno dotykasz czystego i niezarysowanego ekranu) spokojnie (no dobra, niejedna łza drąży me lico, ale trzymam się dzielnie!) mogę sobie to odpuścić i poczekać na bardziej „urodzajne” czasy. Wtedy może akurat na rynek wejdzie jeszcze lepszy telefon w tej samej cenie.

Jednocześnie jestem zdania, że nie można popadać w skrajności. Raz stosuję zasadę „im mniej, tym lepiej” po to, by innym razem dać ponieść się emocjom i pójść na zakupy. Wówczas kupuję same niepotrzebne pierdoły i jest mi z tym dobrze. Bo dlaczego by nie nagradzać się za to, że np. dzisiaj rano wstałam wcześnie, że wysprzątałam w kuchni, albo choćby za to, że chciało mi się zrobić sobie ładną fryzurę?

Takie nic nieznaczące drobiazgi umilają życie i dają poczucie dosytu. Jeśli lubisz siebie, to nie tylko powinieneś od siebie wymagać, czyli być ambitny, rozwijać się i prowadzić aktywny tryb życia, ale także się rozpieszczać. Możliwie jak najczęściej.

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych to strasznie snobistyczne i nie zamierzam nikogo nawracać tak, jak nawraca się ludzi, którzy mają zwyczaj gromadzić w swoich domach niepotrzebne graty, by wyrzucili lub oddali innym wszystko to, z czego przez ostatni rok nie korzystali*. Każdy sam wie najlepiej, co jest dla niego dobre. Jeśli gardzisz ludźmi, którzy „lansują się” czym popadnie, to być może nie potrzebujesz tego, co oni. Ale nie mierz ich swoją miarą. Może ich odpowiedź na pytanie „czy to potrzeba, czy może tylko pragnienie” brzmi „potrzeba”. Czasem jest tak, że potrzebujemy otaczać się rzeczami, które są całkowicie zbędne – bo „czemu nie”, albo po to, by okazać sobie, że się lubimy.

*Nie zdajecie sobie sprawy, ile razy miałam tak, że pod wpływem chwili i durnych minimalistycznych rad coś wyrzuciłam, bo uświadomiłam sobie, że przez ostatnich kilka lat nie miałam tego w rękach, a tydzień później żałowałam, że już tego nie mam, bo nagle z jakichś powodów chciałam tego użyć. Jeśli kupujesz coś, bo serio tego potrzebujesz a nie dlatego, że ogarnęła cię chęć posiadania – innymi słowy, jeśli kupujesz świadomie, to nigdy nie pozbywaj się tego, co kupiłeś. Chyba, że uprzednio zastąpiłeś to czymś lepszym.

Dajcie znać, czy leży wam taka tematyka na moim blogu i co powiecie na to, żebym napisała:
1. o kobietach-materialistkach,
2. o tym, jak żyć na bogato – wcale nie dużym kosztem,
3. o troskach bogatych ludzi (nieco z przymrużeniem oka).